Auto Stop Race – dziennik z podróży

Auto Stop Race – dziennik z podróży

Nadal nie wiem, co jest fajnego w spaniu po krzakach, staniu na zakurzonych drogach, jedzeniu kabanosów na śniadanie, obiad, kolację i noszeniu ciężkiego plecaka, ale nie mogłam doczekać się autostopowej przygody. Auto Stop Race, czyli największy wyścig autostopowy nadszedł!

W tym roku postanowiłam ograniczyć swój bagaż i z tego względu zrezygnowałam ze swojego, ciężkiego aparatu. Przez cały wyjazd towarzyszył mi telefon i aparat, którego nie nauczyłam się obsługiwać. Zdjęcia są w opłakanej jakości. Nie lubię brzydkich fotografii na blogach i często wychodzę z takich stron. Mam nadzieję, że Wy zostaniecie. Zobaczcie Auto Stop Race – dziennik z podróży.

Relacja z poprzedniego wyścigu TUTAJ.

Dzień 1 – Wrocław-Niżne, czyli szczęście nam sprzyja

Około 8 rano stawiliśmy się na stracie Auto Stop Race. Podobnie jak rok temu, byliśmy po 4 godzinach snu i mimo zmęczenia nie mogliśmy się doczekać odjazdu. Lubię atmosferę t startu ASR. Na miejscu dużo się dzieje, serwują yerbę mate, która kojarzy mi się z poprzednim wyścigiem oraz powoli czuć klimat wyjazdu, kiedy wszyscy przebierają się w niebieskie koszulki. Mogę powiedzieć, że to miejsce naładowane jest pozytywną energią i zapowiada coś fajnego.

20170429_085751 20170429_092645

20170429_093859 20170429_093928 20170429_094038 20170429_094135

Po 9:00 wszyscy autostopowicze wybiegli przed siebie, aby dostać się na wylotówkę i zacząć kolejny, autostopowy wyścig. Mimowolnie nie spieszyliśmy się. W końcu slow travel, jest teraz takie modne 🙂 Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się na obiad, aby później stanąć przy drodze na Bielanach Wrocławskich z kartką z napisem „Kraków”. Mimo kolejki (kultura autostopowa nakazuje, aby ustawić się w kolejkę, ponieważ kto pierwszy przybył na stację, ten pierwszy łapie stopa) długo nie musieliśmy czekać. Nad naszym losem zlitowała się para, która zawiozła nas w stronę Krakowa, a docelowo wysiedliśmy w miejscowości Niżne na Słowacji. Mieliśmy szczęście, bo każdy kierowca, który się zatrzymał miał duże doświadczenie podróżnicze i widział kawał świata. Mogliśmy posłuchać trochę o tym, jak się zwiedza Hawaje, jak ciężko wynająć auto w Afryce i że spokojnie można jechać na własną rękę do Maroko.

20170429_120523 20170429_121229

Po drodze mieliśmy się zatrzymać w Krakowie, aby udać się na kolorowe schody, znajdujące się w parku. To miejsce było tzw. checkpointem za które zbierało się punkty. Nie była to obowiązkowa zabawa, ale postanowiliśmy wziąć w niej udział. Wybraliśmy nieco dłuższą trasę, ponieważ po drodze były najwyżej punktowane checkpointy. Organizatorzy zdecydowali się na tę grę, aby autostopowicze nie jechali prosto na metę, tylko po drodze zobaczyli kawałek świata. Dla najlepszych czekały nagrody. Szkoda, że dla najgorszych już nie.

20170429_121311

Jak się okazało, że nasi kierowcy jadą dalej, mieliśmy dylemat – wysiąść w Krakowie, skąd już pewnie tego samego dnia nie wyjedziemy, czy jechać jeszcze dalej? Doświadczenie z tamtego roku podpowiadało, aby nie marnować szansy, tylko przesuwać się na mapie jak najdalej. Tak też zrobiliśmy. Odpuściliśmy pierwszy punkt i wylądowaliśmy w miejscowości Niżne.

Niżne było uroczym miejscem z klimatyczną restauracją na wzgórzu.Temperatura zaczęła spadać, więc szybko ruszyliśmy do środka, aby zjeść smażony ser i wypić lokalne piwo. Była to najprzyjemniejsza część dnia. Jednym autem dojechaliśmy, aż na Słowację, nie musieliśmy długo czekać, a dzień zakończyliśmy tak jak lubimy – czyli jedzeniem i piciem. Zapowiadał się fajny wyjazd.

20170430_103213 20170430_103216 20170430_105254

Nasz obóz rozbiliśmy na dziko. Ja niestety tak mam, że jak biwakujemy we dwójkę i rozstawiamy namiot, gdzieś w polu zawsze się obawiam, że ktoś prędzej czy później nas stamtąd wyrzuci. Takie wizje miałam i tego wieczoru. Strach to jedno, ale nie wyobrażałam sobie zmiany zakwaterowania w środku zimnej nocy. Na szczęście później, stopniowo noce były coraz cieplejsze, ale ogrzewacze chemiczne i tak się przydały.

Dzień 2 – (nie) planowany Budapeszt

Z samego rana zwinęliśmy nasz obóz. Na przeciwko znajdowała się stacja benzynowa, więc mogliśmy nasycić się kofeiną oraz dostępem do bieżącej wody. W takiej podróży, zwykłe, codzienne rzeczy, jak kawa, czyste włosy czy świeże ciuchy są rarytasem. Kiedy już odbyliśmy poranne rytuały, wypisaliśmy karteczkę z napisem „Zwoleń” i ruszyliśmy w drogę. Staliśmy na głównej drodze w mieście, która i tak nie zapowiadała dużego ruchu. Przed oczami przeleciała nam wizja, że utkniemy tutaj  na wiele godzin. Takie doświadczenia także mieliśmy, które od tamtego roku nie dają nam spokoju. Postanowiliśmy zaszaleć i na drugiej kartce napisać „Budapeszt”, aby w razie czego nie przegapić życiowej szansy. Zanim Michał dokończył pisać kartkę, zatrzymało się auto. Okazało się, że para Polaków jedzie prosto do Budapesztu. Nie mogliśmy uwierzyć, że tym razem szczęście nam sprzyja. Ponownie zastanowiliśmy się, co robimy z opuszczonym zamkiem w Zwoleniu, który był kolejnym checkpointem. Nasz kierowca stwierdził, że zawiezie nas w te ruiny, abyśmy mogli zrobić sobie tam zdjęcie. Cudownie! Nie dość, że zaliczymy punkt, to jeszcze dojedziemy do Budapesztu.

20170430_113821

Kiedy dojechaliśmy do Zwolenia okazało się, że zamek jednak nie jest przy samej trasie i wcale, tam nie można wjechać. Jedynym rozwiązaniem jest 40 minut spaceru na samą górę. Z racji, że naszej parze się spieszyło, mieliśmy do wyboru, albo wysiadka i zwiedzanie zamku, albo jedziemy do Budapesztu. Po raz kolejny nie wiedzieliśmy, co będzie lepszym rozwiązaniem. Zwoleń i okoliczne drogi nie wyglądały zachęcająco, a mogliśmy po południu już być w Budapeszcie i wygrzewać się w termach. Ponownie odpuściliśmy sobie ten punkt, będąc tak blisko. Zastanawialiśmy się, czy zrobić sobie zdjęcie, chociaż na początku trasy wiodącej do góry, ale stwierdziliśmy, że i tak nam tego nie zaliczą. Na mecie okazało się, że uznaliby nam to. Mogliśmy w ogóle nie poruszać tego tematu. Ale o tym później. W tamtym momencie ciężko było ocenić, czy podjęliśmy słuszną decyzję, czy też nie. Takich sytuacji w trakcie wyjazdu było wiele.

20170430_112402

Pędziliśmy dalej do Budapesztu, aby o 16:30 pożegnać się z naszymi kierowcami. Od razu pognaliśmy w stronę baru, gdzie mieliśmy spotkać się z Michała kuzynem i jego dziewczyną. Miało być jedzenie na szybko, ale trochę się zasiedzieliśmy i okazało się, że wszelakie termy są zamknięte lub zaraz będą. Nie uśmiechało nam się płacić 70 zł za godzinę moczenia się w basenie i to na szybko. Odłożyliśmy tę przyjemność na następny dzień na rano. To oznaczało także, że nasz dojazd na wylotówkę zostanie przesunięty w czasie. No cóż.

20170430_125135

Tego wieczoru spaliśmy w mieszkaniu i mieliśmy dostęp do prysznica. Degustowaliśmy węgierskie piwa, a na stół wjechał oczywiście gulasz i sznycel. Mamy dobre wspomnienia z Budapesztu i nie sądziliśmy, że tak szybko tutaj powrócimy. Nie było za dużo czasu na odkrywanie miasta, ale chociaż posiedzieliśmy ze znajomymi. Kolejny powrót nadal planach i odwiedzenie wszystkich term również.

Dzień 3 – termy i Balaton

Z samego rana udaliśmy się na wymarzone termy. Z okazji 1 maja nie wszystkie baseny były czynne, ale udało nam się znaleźć jedne otwarte i to blisko domu. Dłuższy spacer z ciężkimi plecakami zaczął nam doskwierać, ale jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to początek naszej wędrówki.

20170430_165857 20170430_165853

Leżąc w gorącym basenie czułam, jak moje ciało odpoczywa, a wcześniej mogłam zmyć z siebie dwudniowy kurz. To miejsce było dla nas zbawienne i moglibyśmy siedzieć tam z pół dnia, ale droga wzywała, a i tak było już późno. Zażyliśmy trochę luksusu i zaliczyliśmy w końcu jakiś checkpoint. Następnie stanęliśmy na wylotówce w stronę Balatonu. Dotarliśmy na stację benzynową, gdzie już ustawiała się kolejka. Dotarły do nas wieści, że niektórzy stali tutaj po 2-3 godziny i generalnie ciężko jest się stąd wydostać.

20170501_102907

Poznaliśmy Emila, który miał mniejszy i lżejszy plecak, niż moja torebka, którą zabieram do pracy oraz niektóre, krótsze odcinki pokonywał na deskorolce. Od razu zainteresował mnie temat małego bagażu. Musiałam zrobić wywiad i się dowiedzieć, co ma w środku. Okazało się, że wszystkie ubrania ma na sobie, jedną puszkę fasoli na czarną godzinę, mały śpiwór i namiot. Karimata i ciepłe ubrania oczywiście są dla mięczaków. Trochę za mało jak na mnie, ale pomysł przemieszczania się na desce jest super. Pomyślałam, że następnym razem nie tylko odchudzę plecak, ale i zaopatrzę się np. w hulajnogę.

Stacja benzynowa w Budapeszcie, to także dwóch, pijanych facetów, którzy łapali stopa. Chyba uznali, że są za mało wstawieni, więc po stacji maszerowali jeszcze z piwem w ręku. Nie dość, że odstraszali od nas kierowców, to jeszcze jakość byli przed nami. Postanowiliśmy udać się na stację obok i łapać większą część ruchu. Niesłychany fart trochę o nas zapomniał i trzeba było trochę pokoczować na trasie.

Kolejna stacja była dla nas bardziej łaskawa, ponieważ po kilku minutach złapaliśmy stopa. Trójka Węgrów jechała nad Balaton, czyli tam, gdzie i my. Rozmowa nie kleiła się do końca, więc nam zaczęły się kleić oczy. Później za każdym razem, kiedy wsiadałam do auta, momentalnie zaczęłam zapadać w głęboki sen.

Tym razem już trochę pomyśleliśmy i kupiliśmy dla podwożących wino w zamian za podwózkę. Zdecydowanie lepiej się czułam wręczając kierowcy upominek, ponieważ nie czułam, że narzucam się komuś lub jestem coś winna.  No niektóre cechy charakteru utrudniają, takie aktywności, jak autostop. Tak czy inaczej byliśmy nad Balatonem i już czuliśmy smak piaszczystej plaży i chłodnej wody. Okazało się, że jeszcze trochę sobie poczekamy.

20170501_170547 20170501_170633 20170501_170825

Nie było tak łatwo trafić na miejską plażę. Zrobiliśmy porządne kółko i chyba z 8 km, aby w końcu paść plackiem nad wodą. Tutaj powoli Michał tracił cierpliwość, a wielkie plecaki i upały nie ułatwiały sprawy. Po długim, naprawdę długim błądzeniu dotarliśmy do celu – na plażę mieszczącą się w Sifoku. Przyjechaliśmy tutaj, aby zaliczyć checkpoint, a przy okazji chciałam odwiedzić, to miejsce. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o bar, aby wypić ostatnią lampkę wina na Węgrzech i zjeść gulasz. Naszym, następnym, planowanym postojem miał być już Zagrzeb.

Szybko ustawiliśmy się na drodze, aby w świetle zachodzącego słońca złapać jeszcze jakiś samochód. Pogoda zaczęła się poprawiać i powoli zapomnieliśmy już o zimnie i ciągłym deszczu, który towarzyszył nam w Polsce.

20170501_191045

Tego dnia nie dojechaliśmy do Zagrzebia, ale pod granicę węgiersko – chorwacką. Rozbiliśmy nasz namiot na świeżo skoszonej trawie, za stacją benzynową. Otoczenie drzew i zielony, przenośny domek pozwolił nam się dobrze zakamuflować. Tej nocy spałam spokojnie i nie bałam się, że ktoś nas przegoni.

Cieszyłam się, że ponownie udało się pojechać na wyścig autostopowy. A to nie było takie proste i oczywiste. Pakiety startowe znikają w ciągu 2 minut. Podejrzewam, że w tym roku ten czas był i tak krótszy. Mimo, że byłam dobrze przygotowania i nie narzekam na swój refleks, i tak byłam na liście rezerwowej. Trochę nie dawało mi to spokoju, a pakiety na polakpotrafi.pl były dostępne w dniu, kiedy siedzieliśmy w samolocie do Brukseli. Tak czy inaczej, po komplikacjach i nie tylko, znaleźliśmy się na liście!

Ten wyjazd był już całkiem inny niż poprzedni, ale o tym, co było dalej, w następnym poście. Spoiler: będzie opuszczone przejście graniczne, prelekcja Fazy, przejażdżka tirem i trochę rozczarowania.

You May Also Like

Opuszczone przejście graniczne Chorwacja - Węgry

Opuszczone przejście graniczne

Najlepsze podróże w 2017 roku

Najlepsze podróże w 2017 roku

Auto Stop Race - to już jest koniec

Auto Stop Race – to już jest koniec

Auto Stop Race - relacja z wyścigu

Błędy i grzechy początkujących autostopowiczów