Camden Town – alternatywna dzielnica Londynu
Przez dłuższy czas Londyn kojarzył mi się z miejscem, gdzie emigrują Polacy, aby pracować poniżej swoich kwalifikacji. Czyli nic pozytywnego. Deszczowa pogoda również sprawiła, że Londyn nie należał do miejsc, które chcę odwiedzić. Jednak z czasem widok czerwonych autobusów czy hipsterskich dzielnic zaczął być zachęcający. W końcu musi być tam coś czym wszyscy się zachwycają. Oczywiście prócz złotych monet, które można tam zarobić.
Skorzystaliśmy z tanich biletów Wizzera i spędziliśmy w Londynie cztery dni. Wystarczająco, aby zauroczyć się w tym miejscu i zachwycić się tym co ma do oferowania. A jednocześnie wyjechać z poczuciem, że jeszcze tyle miejsc na nas czeka. Także po powrocie zaczęłam monitorować kolejne promocje lotnicze i tym sposobem w marcu wracamy do Londynu na weekend.
A teraz zobaczcie 7 ciekawych miejsc w Londynie;)
Czego według mnie nie robić?
Cztery dni to nie jest aż tak mało, ale mimo wszystko niewystarczająco, aby zobaczyć najważniejsze atrakcje Londynu. Pomyślałam, że za pierwszym razem szkoda spędzić całego dnia w murach muzeum. Stawiałam bardziej na poznawanie miasta i odkrywania ciekawych dzielnic. Smaków też, nie tylko piwa. Z pewnością Muzeum Historii Naturalnej jest warte odwiedzenia, ale moim zdaniem nie na pierwszy raz. Chyba, że ktoś jest miłośnikiem tej tematyki lub lubi pochłaniać takie atrakcje. Ja nie, przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Większe muzea odkładam na późniejsze wyjazdy:)
Co zjeść?
Miałam dwa, kulinarne cele. Fish & chips i piwo w lokalnym pubie. Niestety nie udało się zjeść angielskiego śniadania, ale już wiemy od czego zacząć ucztę w marcu.
Fish & chips, czyli brytyjskie danie składające się z frytek i smażonej rybie w cieście. Zazwyczaj skrapiane octem słodowym. Najczęściej można dostać je na wynos, a w Londynie nie brakuje barów, które serwują tylko ten przysmak. Jak wiadomo jest to fast food ociekający tłuszczem. Spróbować można, ale następnym razem zdecydowałabym się na coś innego. Co ciekawe kiedyś fish & chips zawijano w gazetę w ramach oszczędności. Udało się dostać tekturowe opakowanie imitujące gazetę:)
Na Brick Lane udało się znaleźć angielski pub w którym przysiedliśmy na piwo. Pszeniczne, białe – idealne. W sumie mieliśmy szczęście do serwowanych alkoholi i zawsze wybieraliśmy dobre smaki. Niestety koszt piwa to około 5 funtów, także jednego dnia postawiliśmy na plener z mini tarasem widokowym.
Tower Bridge
Czyli jeden z punktów charakterystycznych dla Londynu. Bardziej rozpoznawane są tylko czerwone autobusy i Big Ben. Niestety nie udało się trafić na widowisko, kiedy most jest podnoszony, aby statki mogły przepłynąć na drugą stronę. Średnio 1000 razy w roku, czyli średnio 2 razy dziennie możemy obserwować takie zjawisko. Całość trwa około 7 minut, czyli całkiem krótko. Co ważne Tower Bridge jest jedynym, ruchomym mostem na Tamizie.
Kolejną atrakcją, która czeka na nas na moście jest wejście na przeszkloną podłogę, która jest zawieszona kilkanaście metrów nad Tamizą. Wejście płatne. Tym razem sobie darowaliśmy.
London Eye
Oko Londynu powstało, aby uczcić początek nowego milenium. Zrobiło się tak popularne, że już na stałe zostało wpisane w krajobraz Londynu. Jako, że jest to taras widokowy i to jeszcze w wydaniu diabelskiego młynu to nie mogło nas tam zabraknąć. Początkowo odstraszały nas gigantyczne kolejki. Myśleliśmy, że będziemy stali tam wieki, ale jednak nie doceniliśmy zorganizowania angoli. Wszystko poszło gładko i szybciutko i w sumie w ciągu 30-40 minut znaleźliśmy się na pokładzie London Eye. Lęk wysokości zostawiłam gdzieś na dole. Tylko przez chwilę zastanowiłam się co ja takiego robię? Cały obrót trwa 30 minut i jest to wystarczający czas, aby dostrzec każdy detal w panoramie Londynu. Gigantyczny diabelski młyn pozwala nam zobaczyć miasto nawet na odległość 48 km. London Eye jest wysokie na 125 metrów i posiada 32 kapsuły, a w każdej może zmieścić nawet 25 osób. Czyli na raz konstrukcja jest w stanie udźwignąć nawet 800 osób. Imponujące liczby:)
Notting Hill
Burżujska i bardzo elegancka dzielnica Londynu. Należy chyba do najdroższych zakątków miasta. Zobaczyć chciałam ją ze względu na film Notting Hill, a przy okazji zobaczyć targ na Portobello Road. Jako, że w Camden Town zagłębiliśmy się w starocie tutaj tylko przeszliśmy główną ulicą, aby zobaczyć jak to wygląda. Z pewnością każdy hipis i menadżer eleganckiej firmy znajdzie coś dla siebie. Jest to także raj dla ziemi dla miłośników muzyki. Sklepów z ciekawymi dźwiękami nie brakuje. Spróbować można również kuchni z różnych zakątków globu. Trochę mniejszy wybór, niż w Camden, ale jednak:)
Jak widać na powyższym zdjęciu czerwone budki telefoniczne mają wiele zastosowań. Tym razem symbol Londynu posłużył za bankomat:)
Zachwyca mnie wszystko co kolorowe. Na Notting Hill również nie zabrakło kolorów:)
Notting Hill słynie jeszcze z jednej atrakcji, a mianowicie z karnawału w stylu karaibskim, który odbywa się w sierpniu. Popularność zyskał właśnie dzięki filmowi Notting Hill. Pewnie to nie jest karnawał rodem z Rio, ale chciałabym się tam znaleźć w sierpniu. No i karaibskie smakołyki również zachęcają. Ktoś był?:>
Muzeum Sherlocka Holmes’a
Każdy fan Sherlocka Holmesa musi udać się na słynną Bakery Street, gdzie mieszkał główny bohater kryminalnych zagadek. Co prawda postać została wymyślona przez autora, ale słynny detektyw do tej pory ma swoje, szerokie grono fanów. W muzeum możemy przenieść się do kryminalistycznych czasów, kiedy Holmes rozwiązywał tajemnicze sprawy podczas słynnej, angielskiej mgły. Idealna kapsuła czasu dla miłośników spraw niewyjaśnionych. Chyba w końcu muszę nadrobić film o Sherlocku.
Do samego muzeum nie weszliśmy, ale zwiedziliśmy sklep Sherlock’a, aby choć trochę poczuć klimat tajemniczych zagadek. Widzieliśmy przeróżne gadżety związane z bohaterem – lupy, fajki, wizytówki, czyli wszystkie charakterystyczne rzeczy tegoż detektywa. O samym muzeum słyszałam pozytywne opinię, także każdy miłośnik Sherlocka nie będzie zawiedziony:) Klimat z pewnością jest.
The Gerkin
Słynny wieżowiec znajdujący się w głównej dzielnicy finansowej Londynu mierzy sobie 180 metrów wysokości i posiada 40 pięter. Pisząc tego posta dowiedziałam się, że jest budynkiem ekologicznym. Szklana kopuła ma kształt zbliżony do stożka i dzięki temu zmniejszono parcie wiatru i zmniejszono tzw. przeciągi na ulicy, które są częste w okolicach drapaczy chmur.
Sam wieżowiec robi wrażenie i jest namiastką Nowego Jorku z wysokimi drapaczami chmur. My zatrzymaliśmy się tutaj na chwilę przez instalację z części rowerowych.
„O MY FRIENDS, THERE ARE NO FRIENDS”
Rzeźbiarz Sigalit Landau prezentuje koncepcję rzeźby monumentalnej i wybiera tradycyjne materiały takie jak brąz. Stojak z butami jest anty-pomnikiem. Połączone ze sobą buty mają symbolizować jednostki, które wejdą w te buty i staną się częścią społeczeństwa, które będzie tworzyło lepszą historię. Naród będzie bardziej solidarny, hojny, czyli stworzymy bardziej ludzkie jednostki. „Pomnik” zwrócił naszą uwagę, chyba nie tylko naszą. Przechodzący ludzie zatrzymywali się na chwilę zastanawiając się co to jest i co tak na prawdę oznacza. Na pewno skłania do refleksji:)
Lokalizacja: 122 Leadenhall Street (the Cheesegrater Building)
Spacer wzdłuż Tamizy
Na koniec wpisu polecam spacer nad Tamizą. Niestety nie mogę powiedzieć, że można spacerować jej brzegiem. Szara, brudna, czasami jest jej więcej, a czasami mniej, ale niestety nie posiada żadnego bulwaru czy deptaka. Mimo wszystko po drodze oferuje ciekawe widoki na miasto.
Będąc w Londynie mieliśmy szczęście. Po pierwsze nie doświadczyliśmy angielskiej pogody. Dopiero ostatniego dnia zaczęło trochę padać, ale w czasie długich spacerów po Londynie momentami było…gorąco. Coś czuję, że brak deszczu i szarości wpłynął na mój odbiór miasta. Zobaczymy co zgotuje nam marzec. Po drugie – tłumy, nie było ich, nie musieliśmy się przepychać czy w moim przypadku irytować.
Wstępne plany na marcowy Londyn są, ale chętnie posłucham Waszych propozycji:) Im bardziej nietypowe i ciekawsze, tym dla nas lepiej:) Piszcie w komentarzach:)