Czerwonym kabrioletem do San Diego przez Salvation Mountain - USA

Czerwonym kabrioletem do San Diego przez Salvation Mountain – USA

Kiedy już wygraliśmy z jet lagiem i spędziliśmy jeden dzień w Venice Beach, udaliśmy się na 2-dniową przejażdżkę kabrioletem. Michał bardzo, ja trochę mniej marzył o prowadzeniu kabrioletu po amerykańskich pustkowiach. Z tej okazji wypożyczyliśmy czerwonego Mustanga i pognaliśmy do królestwa surfingu – San Diego, aby w drodze powrotnej zahaczyć o Salvation Mountain. Kółko zatoczyliśmy w Los Angeles, gdzie czekała na nas docelowa, duża fura na resztę roadtripu. No to jedziemy!

San Diego jest 7585757 razy ładniejsze, czystsze i przyjaźniejsze niż Los Angeles. Tak, jest tutaj dużo bezdomnych. Klimat sprzyja „życiu na ulicy”, ale mimo to San Diego wydaje się bardziej zadbane i o wiele mniej zatłoczone. San Diego to miasto najdalej wysunięte na południe Kalifornii. Do granicy z Meksykiem jest tylko 30 km.

 

Na zwiedzanie mieliśmy tylko jeden dzień. O wiele za mało, ale i tak się cieszę. Chciałabym Wam pokazać miejsca, które zrobiły na nas wrażenie.

Spruce Street Footbridge

Na to miejsce czekałam najbardziej, mimo że nie jest jakąś topową atrakcją w San Diego. Wiszący most nad niewielką przepaścią robi wrażenie dopiero, jak się na niego wejdzie. Nie spodziewałam się, że będzie bujał się na boki i będzie aż tak niestabilny. Na szczęście w razie czego nie leciałabym długo w dół 😀 Położony jest blisko parku Balboa w dość niepozornym miejscu. Przy zwykłej ulicy, w gąszczu drzew po chwili wyłoni się most. Co ciekawe, wisi sobie tutaj tak od 100 lat.

Westernowe Stare Miasto

Historyczna dzielnica w Downtown to miejsce, gdzie można poczuć się jak na planie filmowym. Old Town otoczone jest zabytkowymi budynkami z epoki wiktoriańskiej i westernowymi akcentami. Można powiedzieć, że San Diego jest miejscem narodzin Kalifornii i obecne stare miasto jest jednym z pierwszych osiedli zachodniej cywilizacji.

Każdy budynek jest odrestaurowany, tak aby wyglądał na pochodzący z XIX wieku. Nawet obsługa ubrana jest w stroje z tamtej epoki! Wygląda to ciekawie, ale nadal z tyłu głowy mam świadomość, że niewiele jest w tym autentyczności. Na „westernowej starówce” znajdziemy mnóstwo sklepów z pamiątkami, fajkami i restauracjami z tacos. W niektórych knajpach można nawet obejrzeć występy „mariachi”. Zakupić możemy także produkty ręcznie wytwarzane przez potomków rdzennych mieszkańców (plemię Kumeyaay).

Wyspa Coronado i 2,5-kilometrowy most

Wyspę Coronado z San Diego łączy 2,5-kilometrowy most przepięknej konstrukcji. Widoki na miasto i port są śliczne. Na wyspie znajduje się baza lotnictwa wojskowego i hotel wybudowany w 1977 roku, który służy turystom po dzień dzisiejszy. My skupiliśmy się głównie na spacerze bulwarem, ponieważ gonił nas czas. Amerykanie zjeżdżają się na wyspę z całym asortymentem do grillowania, namiotami ogrodowymi, lodówkami i wszystkim, co sprzyja imprezowaniu. Co prawda, produkują bardzo dużo śmieci i nie wygląda to dobrze;)

 

Park Balboa i Targ Hiszpański

Park Balboa to miejsce, gdzie można spędzić nawet cały weekend, jak nie dłużej. Przyznaję, że ze względu na upały niewiele przyjemności czerpałam ze zwiedzania tego miejsca, ale jest tu co robić. Park po brzegi wypełniony jest zdobionymi budynkami, muzeami, ogrodami, palmiarnią, zoo…dużo by wymieniać. Moim numerem jeden jest Hiszpański Targ z kolorową kostką brukową. Polecam zimne napoje z markują ze stoiska oraz zwiedzanie stanowisk ze sztuką użytkową. Serio, można przenieść się do kolorowego, artystycznego świata 😀 Z kolei Michał, jak to Michał musiał odwiedzić jakieś muzeum. Tym razem padło na wystawę samochodów 😉

Downtown i dzielnica LGBT

Przez Downtown tylko przejechaliśmy samochodem. Szkoda nam było czasu na spacerowanie między wieżowcami, kiedy w San Diego mieliśmy tylko jeden dzień. Przejechaliśmy także przez dzielnicę Hillcrest, która uznawana jest za rewir LGBT. Tutaj głównie królują tęczowe flagi i liczne bary. Jakbyśmy mieli czas, to zapewne byśmy właśnie tutaj wypili piwo.

Mam świadomość, że tylko liznęliśmy San Diego i nie dotarliśmy na te wszystkie plaże i punkty widokowe. Zdecydowanie to jedno z niewielu odwiedzonych przeze mnie amerykańskich miast, które jest naprawdę jest przyjemne.

Czerwony Mustang w Kalifornii

Całą trasę pokonaliśmy naszym czerwonym kabrioletem. Chociaż przez dwa dni chcieliśmy się poczuć jak prawdziwi mieszkańcy Kalifornii. Oczywiście świetnie jest realizować swoje plany czy małe marzenia. Nawet jeśli w rzeczywistości okażą się nie tak fajne, jak w wyobrażeniach. Cóż 😀 Ciężko wytrzymać w kabriolecie przy kalifornijskich upałach. Była to dla mnie bardziej męka niż przyjemność. Na szczęście w połowie drogi Michał przyznał mi rację i pokryliśmy kabriolet dachem. Od razu dzień zrobił się piękniejszy 😀

Zdecydowanie jestem fanką dużych, przestronnych samochodów. W tym aucie za żadne skarby nie usiadłabym z tyłu – za mało miejsca i przy zakrytym dachu moja klaustrofobia zdecydowanie by protestowała. Podobnie w takich sportowych autach nisko się siedzi i to też jakoś mi nie leży. Może jest to kwestia wzrostu? Coś pozytywnego: zrealizowaliśmy swój cel, spróbowaliśmy czegoś nowego i mogliśmy przyspieszać, ile tylko chcieliśmy. Przyznaję, że przesiadka do wielkiego, przestronnego auta bardzo mnie ucieszyła 😉

Mustanga wynajęliśmy za pośrednictwem firmy Turo, która zajmuje się wypożyczaniem prywatnych samochodów. Naprawdę możecie znaleźć tutaj perełki 😀 Jeden dzień tej przyjemności kosztował 70-80$.

Salvation Mountain, czyli Góra Zbawienia

Salvation Mountain to olbrzymia instalacja stworzona z kolorowych farb, słomy, gałęzi, złomu czy innych, dziwnych rzeczy. Całość wykonał Leonardo Knight, który postanowił, że na środku pustyni zbuduje pomnik z przekazem do wszystkich ludzi. Autor chciał im pokazać, że Bóg ich kocha. Świadczy o tym wielki, kolorowy napis „God is Love” na samym środku góry. Całe wzgórze jest wypełnione cytatami z Biblii. Salvation Mountain jest pełne tuneli i komnat z różnymi pamiątkami czy przesłaniami. Po błądzeniu w kolorowych tunelach można wejść na sam szczyt Góry Zbawienia.

Przejechaliśmy jeszcze fragment pustyni, aby zobaczyć, co czai się za rogiem. Trafiliśmy na cmentarz dla zwierząt, hostel w stylu Salvation Monument (na pewno ten hostel odbiega od Waszych wyobrażeń) czy campery mieszkańców pustyni.

Autor zmarł w 2014 roku w wieku 82 lat, ale jego góra cały czas istnieje. Wolontariusze dbają o strukturę rzeźby, która się rozpada ze względu na pustynny upał. Za wstęp nic nie zapłacimy, ale zawsze mile widziane są puszki z farbą lub drobne wpłaty na utrzymanie Góry Zbawienia.

Przyznaję, że jest to dziwne dzieło sztuki, ale na swój sposób niesamowite. Podziwiam, że ktoś tyle lat budował nietuzinkowy pomnik, aby przekazać coś światu. Poza tym w tej okolicy czuć hipisowską wolność. Widzieliśmy kilka camperów czy domków ludzi, którzy zamieszkują tutaj na stałe. Widać, że nie są to przeciętni ludzie 😉

To był początek naszego wyjazdu, który owocował w walkę z upałami i przyzwyczajeniem do tego klimatu. Mimo wszystko te dwa miejsce i przejażdżka kabrioletem były dobrym wstępem do kolejnej, amerykańskiej przygody.

You May Also Like

Opuszczone miasteczka w USA

Zimowa pustynia w USA – White Sands National Monument

Caminito del Rey - spacer nad przepaścią

Pierwsze razy w 2018 roku – podsumowanie

Zwiedzanie Albuquerque śladami "Breaking Bad"

Zwiedzanie Albuquerque śladami „Breaking Bad”