8-dniowy plan zwiedzania Gruzji

W Gruzji spędziłam tylko 8 dni i mam wrażenie, że jedynie liznęłam ten kraj. Wydaje mi się, że żeby wsiąknąć w ten klimat, odwiedzić znaczą części atrakcji, ale jednocześnie bez pośpiechu potrzeba z 3 tygodni, albo i więcej.

Mój 8-dniowy plan zwiedzania Gruzji to tylko niewielki wycinek tego kraju. Być może zobaczyliśmy niewiele, ale weźcie pod uwagę czas spędzony na dojazdach (długo jechaliśmy na północ do Mestii z Kutaisi), biesiadowaniu i wysypianiu się. Na pewno w tym czasie można zobaczyć więcej, być w większej ilości miejsc, ale ja i tak jestem zadowolona. Co nie zmienia faktu, że czuję niedosyt 🙂 Mimo to, po tym krótkim czasie spędzonym w Gruzji nasuwa mi się kilka refleksji. Oczywiście będzie to subiektywne zestawienie oparte na moich doświadczeniach 🙂 Inne poglądy chętnie przyjmę, ale wyrażone w kulturalny sposób.

Gruzińska gościnność

Nieustannie słyszałam i czytałam o gruzińskiej gościnności. Z jednej strony faktycznie tak jest. Właściciele guest house w Mestii czekali na nas do północy z obiadem, pani w hotelu w Tibilisi była tak miła, że aż nie wiedziałam, że obsługa może być tak kulturalna, a recepcjonistka w Kutaisi wręcz ucieszyła się na nasz widok. Ale…

Ci wszyscy dobrzy i gościnni ludzie zostali przysłonięci przez krętaczy. Tutaj ktoś chce nas oszukać, że niby parking jest płatny, inny kłamie, że do kanionu jest 6 h drogi (a było 30 min), aby wynająć jego taksówkę. W Gori właścicielka niby turbo miła i ciepła chciała od nas wyciągnąć pieniądze na różne sposoby, że aż czar prysł. Właściciel samochodu, co chwilę zmieniał godzinę i dzień wynajęcia auta, że do końca nie byliśmy pewni, czy go dostaniemy. To wszystko tak regularnie się powtarzało, że wątpię, że po prostu miałam pecha. Nie chce się publicznie nad tym rozwodzić, ale wierzę, że bieda nie zawsze idzie w parze z takim zachowaniem.

Watahy psów

Po raz pierwszy widziałam watahę psów. Oby ostatni. Boję się tych czworonogów, a w Gruzji nie brakło ich na ulicy. Zdecydowanie strach zszedł na drugą stronę, a w jego miejsce pojawiło się współczucie. Mega mi szkoda tych zwierząt, które jak to powiedział Michał, wyglądały na smutne, spragnione kontaktu z człowiekiem i przede wszystkim jedzenia.

Nagabywanie

Nagabywanie w Gruzji jest na porządku dziennym. Już po wyjściu z lotniska taksówkarze rzucają się na nas i tak to wygląda do końca wyjazdu. Na każdym kroku ktoś chce nas zabrać na wycieczkę, podwieźć, sprzedać coś i nie zawsze te oferty są uczciwe. Pod koniec wyjazdu było to już bardzo uciążliwe i męczące. Wiem, że tak to wygląda w Gruzji, ale też wiem, że mi takie rzeczy bardzo przeszkadzają. Nie oznacza to, że skreślam takie państwa z listy.

Dzień 1 – Kutaisi

Kutaisi znalazło się na naszej mapie, tylko dlatego, że tam lądowaliśmy. Jak już byliśmy na miejscu, to chcieliśmy zobaczyć, co Kutaisi ma ciekawego lub nieciekawego do zaproponowania. Przez wielu Kutaisi uznawane jest za najbrzydsze miasto w Gruzji. Niewiele przetrwało tu ze starożytności i średniowiecza. Najczęstszym widokiem są zaniedbane bloki, śmieci na ulicach i szare fabryki w oddali. Nie zmienia to faktu, że jest to najstarsze miasto w Gruzji i jej dawna stolica.

***

W samym centrum miasta na rynku znajduje się fontanna Kolchidy ze złoconymi figurami zwierząt. Wieczorem  jest ona podświetlona, ale nawet wtedy plac nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia. Żałuję, że nie trafiliśmy na targ, gdzie można kupić prawdopodobnie wszystko np. przyprawy i sól swańską.

Zdecydowanie moim numerem jeden w Kutaisi (poza jedzeniem chinkali) jest Katedra Bagrati. Symbolizuje ona początek Złotego Wieku Gruzji (zjednoczenie królestw), aż do czasu najazdu Turków, którzy wysadzili ją w powietrze. Niestety niewiele pozostało po katedrze. Były prezydent Saakaszwili zlecił odbudowanie katedry, dodając do niej elementy, które naruszyły autentyczność obiektu. Z tego względu w 2017 roku wykreślili katedrę z listy UNESCO. Powodem była renowacja bez zachowania oryginalnego kształtu katedry oraz budowa nowej kopuły, która wpłynęła na wiekowe fundamenty.

Katedra położona jest na wzgórzu  Ukimerioni, dzięki temu przy okazji możemy podziwiać panoramę Kutaisi. Trzeba się trochę namęczyć, aby wejść na górę, ale warto.

Nocleg w Kutaisi. Polecam, faktycznie było czysto i rano serwują śniadanie. Do tego znajduje się praktycznie w samym centrum.

Dzień 2 – Problemy z samochodem, Jaskinia Prometeusza i Kanion Okatse

Przyszedł dzień, w którym mieliśmy odebrać nasz samochód i ruszyć przed siebie. Do końca nie mieliśmy pewności, czy właściciel naprawdę się pojawi. Dzień przed przylotem do Gruzji, dostaliśmy od niego zapytanie, czy na pewno potrzebujemy ten samochód 😀 Kiedy stwierdziliśmy, że oczywiście, że tak zapytał, czy może dostarczyć je nam dzień później niż zamawialiśmy. Potem chciał żebyśmy podjechali po furę do Tbilisi. W końcu zgodził się na pierwotny plan i odbiór w Kutaisi, ale godzinę spotkania zmieniał dwa razy. Udało się. Rano (nawet przed czasem!) przekazał nam kluczki do Infiniti qx4. Stare auto, ale klimatyczne i sprawdziło się na gruzińskich, wyboistych drogach.

Najczęściej śmigaliśmy przez dziurawe drogi, które często zamieniały się w szutrowe. Zapomniałabym! Często na ulicy musimy czekać na przejazd, ponieważ krowy uważają, że mają pierwszeństwo na drogach i niekoniecznie się spieszą. Z czasem widok zwierząt chodzących jak chcą i kiedy chcą przestał nas zadziwiać. Pasy i znaki drogowe oczywiście mają racje bytu, ale chyba są tam tylko dla ozdoby.

Jaskinia Prometeusza

Od razu ruszyliśmy do podziemnego skarbu Gruzji, czyli do Jaskini Prometeusza. Oglądaliśmy podświetlone na kolorowo stalaktyty i stalagmity. Mówi się, że jest to jedna z najładniejszych jaskiń na świecie. Nie wiem, kto prowadzi takie rankingi i na jakiej podstawie dostaje się łatkę „najładniejszy”, „największy”. Było ładnie. Po prostu.

Zwiedzanie trwa godzinę i pokonuje się 1,5 kilometrów. Najniżej schodzimy na 80 metrów. Jaskinie odkryli Sowieci w 1984 roku w trakcie poszukiwań schronień przed atakiem nuklearnym. Saakaszwili zachwycił się tym cudem natury i bardzo szybko zrobił z jaskini atrakcję turystyczną.

Kanion Okatse

Następnie pojechaliśmy do najbardziej wyczekiwanego przeze mnie miejsca, czyli do Kanionu Okatse. Jest to nowa atrakcja w Gruzji i nie dziwie się, że cieszy się tak dużą popularnością. Mimo że mam jakieś szczątki lęku wysokości, to bardzo chciałam przespacerować się kładkami nad przepaścią kanionu. Ale po kolei…

Tutaj po raz kolejny (a to dopiero drugi dzień) mieliśmy styczność z cwaniactwem Gruzinów. Przy kasie biletowej (wstęp kosztuje 7 GEL) znajduje się wielka mapa kanionu, na której oczywiście była napisana odległość od visitor center do wejścia do kanionu. Ktoś (tj. kierowcy taksówek) zamazał tę odległość. Przed wejściem jeden taksówkarz powtarzał, że do kanionu musimy przejść 30 kilometrów, inny, że 15, a kolejny  podał jeszcze inną odległość. Wystarczyło się od nich odpędzić, przejść dosłownie kilka metrów, żeby zobaczyć tabliczkę z napisem 2,5 kilometra.

Po niecałej godzinie wędrówki doszliśmy do kanionu i zaczęła się moja wyczekiwana część wycieczki. Do skał przytwierdzone są wiszące kładki, które są zawieszone nad malowniczym kanionem Okatse. W najgłębszym miejscu wysokość wynosi 100 metrów. Przyznaję, że były momenty, gdzie zastanawiałam się, co ja tu robię, ale przez większość czasu cieszyłam się tą wysokością i otaczającą mnie soczystą zielenią.

Prawie na samym końcu znajduje się coś w rodzaju wiszącego (ale nie bujającego się) mostu, tudzież platformy widokowej. Z tego miejsca widoki są najładniejsze. Miałam wrażenie, że spacerowaliśmy około 30 minutach po zawieszonych platformach. Czasami pojawiały się schody, raz przepaść była większa, a raz akceptowalna.

Postanowiliśmy, że wracamy rozklekotaną terenówką. Tak, skusiliśmy się na ofertę taksówkarza. Chcieliśmy zdążyć do kolejnej atrakcji, co i tak się nie udało. Nie pamiętam, ile kosztowała nas ta przyjemność, ale było warto. Doświadczyliśmy prawdziwej jazdy w terenie i czasami zastanawialiśmy się, czy ta przeprawa na pewno jest bezpieczna. Przejeżdżaliśmy przez fragmenty, które wydawały się dla nas nie do pokonania. Kierowca dał radę! Nie tylko byliśmy o godzinę do przodu, ale i zafundowaliśmy sobie lokalną atrakcję.

Dzień 3-4 Mestia i po powrocie Kanion Martwili

Następnie pojechaliśmy na północ w kierunku Mestii. Swanetia nie była specjalnie po naszej trasie, musieliśmy sporo kilometrów odbić, ale było warto. Zdecydowanie były to najlepsze dwa dni w Gruzji mimo niekorzystniej pogody. Zwiedzaniu Mestii oraz trekkingowi do jęzora lodowca Chaaladi poświęciłam osobny wpis, na który zapraszam.

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.

Nocleg w Mestii. Bardzo polecam 🙂 Więcej informacji o guesthouse i właścicielach znajdziecie we wpisie, który podlinkowałam wyżej.

Kanion Martwili

Pół dnia wracaliśmy z Mestii do Kutaisi. Kilka dni wcześniej nie udało się zwiedzić Kanionu Martwili, ponieważ już go zamykali (czynny jest do godz. 18:00). Tym razem mieliśmy więcej szczęścia. Poza samym spacerem po malowniczym kanionie zdecydowaliśmy się także na dosłownie 15-minutowy spływ pontonem. Chociaż spływ to zbyt duże słowo. Była to po prostu krótka trasa tam i z powrotem. Niestety teraz nie mogę dokładnie sprawdzić ceny, ale kojarzę, że ta przyjemność kosztowała nas około 40 zł (!) plus opłata za wejście na teren kanionu. Myślę, że nie warto. Zdecydowanie wystarczy spacer po kanionie. Jest naprawdę malowniczy, intensywnie zielony i można poczuć się jak w tropikach 🙂 Mega polecam!

 

Nocleg w Gori. Ogólnie wszystko było ok 😉

Dzień 5 – Muzeum Stalina i Skalne Miasto Uplistsikhe

W Gori urodził się przywódca Związku Radzieckiego – Józef Stalin. Tutaj też znajduje się muzeum poświęcone jego osobie, w którym wychwalane są jego dokonania. Niewygodne fakty zostały przemilczane np. takie jak zbrodnie wojenne i obozy pracy przymusowej. Muzeum Stalina jest raczej hołdem dla przywódcy niż obiektywnym obrazem jego poczynań. Jeżeli szukacie „prawdy historycznej”, to tutaj jej nie znajdziecie.

W muzeum 3/4 eksponatów podpisanych jest w jęz. gruzińskim i rosyjskim. Tylko niektóre fragmenty są przetłumaczone na jęz. angielski. W poszczególnych pokojach znajdziecie materiały, zdjęcia i inne dokumenty obrazujące życie dyktatora oraz okres II wojny światowej. Na pewno warto zwrócić uwagę na pamiątki, które Stalin otrzymał od poszczególnych miast/republik. Wyglądało to tak, jakby chciał pokazać, że cały świat leżał u jego stóp. Wrażenie zrobiła także na mnie maska pośmiertna Stalina, której jest poświęcona cała ciemna sala.

 

Przed budynkiem znajduje się odtworzony dom Stalina, w którym spędził pierwsze lata życia. Na zewnątrz znajduje się także wagon kolejowy, którym podróżował przywódca. Dyktator pokonywał bardzo duże odległości pociągiem, ponieważ bał się latać samolotem. Inne źródła podają, że bał się zamachu na swoje życie i dlatego unikał podniebnych podróży. Ze względu na bezpieczeństwo wagon opancerzono, a szyby wymieniono na kuloodporne. Z czasem pojazd zaczął pełnić funkcję tymczasowego domu i biura dyktatora.

Jest to bardzo przytłaczające miejsce rodem z PRL. Wchodzimy w mroczny świat Stalina i ubarwionej przeszłości dyktatora. Samo Gori nie ma nic więcej do zaoferowania turystom. Zwiedziliśmy muzeum i pojechaliśmy 15 kilometrów dalej do skalnego miasta Upliscyche.

Skalne miasto Upliscyche

Starożytne skalne miasto pochodzi prawdopodobnie z V wieku p.n.e. Jest to jedna z najstarszych osad miejskich w Gruzji. Kiedyś składało się z trzech części: górnej, środkowej i dolnej. Do dziś zachował się jedynie niewielki fragment miasta. Spora jego część ucierpiała w trzęsieniu ziemi w 1920 roku. Poza tym wzgórze, na którym znajduje się miasto było wystawione na działanie wiatru. Żywioł ściera skały, nadając im charakterystyczny kształt. Reszta zawaliła się lub zniszczyła przez działanie człowieka (np. przebudowy). W skalnym mieście Upliscyche można zwiedzać pomieszkania mieszkalne i gospodarcze. Niektóre „dziury w skałach” są opisane, dzięki temu wiemy, że kiedyś w ty miejscu znajdował się antyczny teatr, apteka, sala pałacowa królowej Tamary i kościół.

Wielokrotnie słyszałam, że skalne miasto Wardzia jest o wiele ciekawsze wizualnie, ale niestety nie zdążyliśmy już tam pojechać. Warto odwiedzić Upliscyche, ale zdecydowanie nie jest to moje ulubione miejsce w Gruzji.

Następnie pojechaliśmy do Tbilisi, które na początku potraktowaliśmy jako bazę wypadową.

Nocleg w Tbilisi. Super miejsce;) Codziennie właściciel serwował śniadanie i przy nas gotował nam swoje wymyślne potrawy. Mega czysto, bardzo miła obsługa i to miejsce mogę z czystym sumieniem polecić.

Dzień 6 – Kazbegi i Droga Wojenna

Droga Wojenna uchodzi za najładniejszą trasę w Gruzji. Ponad 200-kilometrowy szlak łączy Tbilisi z rosyjskim Władykaukazem. Kiedy Rosjanie zajęli część Gruzji zdecydowali się zmodernizować szlak, aby umożliwić szybki transport armii przez Kaukaz. Z czasem Droga Wojenna służyła także jako szlak handlowy.

Pomnik Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej

Zanim dojechaliśmy do Kazbegi zatrzymaliśmy się przy pomniku Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, temperatura drastycznie spadła, a zielone widoki zamieniły się na mroźne krajobrazy. Z platformy widokowej (tj. pomnik) podziwialiśmy dookoła ogromne góry, które otaczały nam z każdej strony. Ledwie można było dostrzec ośnieżone szczyty. Czasami zza chmur wyłaniała się motoparalotnia. Od jakiegoś czasu gustuję w takich atrakcjach i mega zazdrościłam lotu w otoczeniu takich pięknych widoków.

No, ale pozostało mi tylko (albo aż) podziwianie kolorowego, zakrzywionego niczym telewizor pomnika. Na ścianach widnieją obrazy z historii Gruzji i Rosji. Został wzniesiony w ZSRR, w 1983 roku, z okazji 200 rocznicy podpisania traktatu o przyjaźni między Gruzją a Rosją. Chyba o tę przyjaźń nie jest tak łatwo, ale monument stoi.

 

Kazbegi

Nasza trasa skończyła się w Kazbegi, która obecnie ponownie nazywa się Stepancminda. Jest to typowa baza do wypadów górskich. To właśnie stąd możemy wyruszyć na Kazbek, czyli nieczynny wulkan o wysokości 5047 m n.p.m. Mieliśmy szczęście, ponieważ szczyt był w miarę dobrze widoczny. Mimo pięknych widoków na okolice,  w miasteczku znajdują się głównie hotele, restauracje, sklepy i tyle.

Klasztor Cminda Sameba

Naszym celem było dotarcie do Cminda Sameba. Tak, wjechaliśmy tam marszrutką ze względu na ograniczoną ilość czasu ;( Miał być off road, ale okazało się na szczyt prowadzi już przygotowana droga. Trochę szkoda, nastawiłam się na to, że nas trochę wytrzęsie. Kościół znajduje się na wzgórzu na wysokości 2170 m n.p.m. Klasztor w otoczeniu ośnieżonych gór robi niesamowite wrażenie. Nic dziwnego, że widok uwieczniany jest na wielu pocztówkach.

Monastyr Dżwari

W drodze powrotnej zwiedziliśmy Monastyr Dżwari. Jest to jeden z najstarszych gruzińskich monastyrów. Niektóre historyczne źródła głoszą, że święta Nino (dzięki niej Gruzja stała się krajem chrześcijańskim) modliła się właśnie na tym wzgórzu. Aby upamiętnić to wydarzenie, postawili tutaj wielki drewniany krzyż. Miejsce szybko stało się celem pielgrzymek. Z tego względu wybudowali tutaj świątynie dla wiernych. Dookoła budowli możemy zobaczyć pozostałości po murach obronnych, które zniszczyły warunki atmosferyczne. Niestety obecnie kościół jest wpisany na listę zagrożonych zniszczeniem zabytków.

Wnętrze monastyru jest bardzo skromne. Nie ma błyszczących zdobień, zobaczyć możemy jedynie surowe mury. Lubię takie świątynie, które nie są obwieszone złotymi obrazami i dodatkami.

Dzień 7 -8 Tbilisi

Zwiedzanie Tbilisi zostawiliśmy sobie na końcu. Już na początku wiedziałam, że kiedyś tu wrócę. Poza tym Tbilisi jest idealną bazą wypadową do poznawania pozostałych części Gruzji. Nie wiem jak to ująć w słowa, ale Tbilisi ma niepowtarzalny klimat. Te wąskie uliczki, małe kawiarenki, śliczne widoki na całe miasto mają coś w sobie. Nowoczesne konstrukcje pomieszane są z obdrapanymi budynkami. Kierowcy jeżdżą jak szaleni, a w praktyce chyba żadne zasady ruchu nie obowiązują. Można powiedzieć, że miasto jak miasto, ale jednak w Tbilisi jest jakiś urok.

Co warto zwiedzić w Tbilisi?

  • Stare Miasto
  • Twierdza Narikala – po drugiej stronie znajduje się kolejka linowa. Polecam, widoki z góry na Tbilisi były świetne.
  • Aleja Rustaweli i Plac Wolności
  • Kolejka na Mtatsmindę
  • Suchy Most (pchli targ)
  • Most Pokoj
  • Wieża Zegarowa
  • Pchli targ na Suchym Moście – dużo różności i staroci. Mega polecam 🙂
  • Pomnik Matki Gruzji – 20-metrowa figura góruje nad miastem. W jednej ręce trzyma puchar wina, a w drugiej miecz. Winem wita przyjaciół, a miecz przeznaczony jest dla wrogów.
  • Aleja Agmashenebeli
  • Teatr Gabriadzego
  • Katedra Świętej Trójcy
  • Ulica Shavteli – świątynie, klimatyczne knajpki i krzywa wieża

Chcieliśmy skorzystać z łaźni, ale nie było już wolnych miejsc. Może i dobrze. Pod względem czystości pozostawiały wiele do życzenia. Sanepid nie byłby zachwycony 🙂

Wieczorem wjechaliśmy kolejką szynową na górę Mtatsminda. Z góry rozciera się piękny widok na oświetlone Tbilisi.

Powrót na lotnisko

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę lotniska w Kutaisi. Moim zdaniem 8-dniowy wyjazd pozwala jedynie liznąć ten kraj. Mimo że po tym czasie byłam już zmęczona tym nagabywaniem, chciałabym wrócić do Gruzji i odkryć jej wschodnią część i lepiej poznać okolice Mestii.

Praktycznie:

W bankomacie można wypłacić gotówkę w dolarach amerykańskich i w lokalnej walucie – lari. W większym mieście bez problemu znajdziemy kantor. Bardziej się opłaca się wziąć ze sobą dolary amerykańskie i na miejscu wymienić na lari.

Gniazdka elektryczne są takie same jak w Polsce.

Kolendra rządzi w gruzińskiej kuchni. Jeśli ktoś nie przepada za tą przyprawą, to może być problem. Słyszałam o przypadku, że ktoś poprosił danie bez kolendry, ale i tak dostał przyprawione tym lokalnym smakołykiem.

W poniedziałki większość atrakcji w Gruzji jest zamknięta.

Polacy mogą wjechać do Gruzji bez żadnej wizy na 90 dni. Nie trzeba brać paszportu, wystarczy dowód osobisty.

Pewnie dla wielu osób jest to oczywiste, ale uważam, że warto zaznaczyć, że w Gruzji porozumieć możemy się głównie w jęz. rosyjskim, a w jęz. angielskim sporadycznie.

Drażliwym tematem w Gruzji jest polityka.

A Wy byliście w Gruzji? Polubiliście ten kraj?

You May Also Like

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.

Trekking w Swanetii pod czoło lodowca. Mestia i krwawe walki rodów.