Menu
Rosja

3-dniowy trekking na Szczyt Czerskiego na Syberii

Skończyło się „all inclusive” w Kolei Transsyberyjskiej, zimne piwko, jedzenie pierożków i suche ubrania, ale od początku. Postanowiliśmy wejść na Szczyt Czerskiego (2090 m n.p.m.). Z 2-dniowego trekkingu zrobiła się 3-dniowa wyprawa pełna wrażeń – tych przyjemnych i tych bardzo meczących. Ale po kolei…

Dzień 1 –  Lekcja cierpliwości

Wszystkie informacje praktyczne oraz opis szlaku chciałabym przedstawić w formie relacji z naszego trekkingu. Mam nadzieję, że taka forma Wam się spodoba 🙂

***

Michał twierdzi, że Rosja nauczy mnie cierpliwości. Tutaj nie ma tak, że chcę i jadę, tylko trzeba poczekać i czasami popytać. Wygodne przyzwyczajenia podróżowania samochodem w Rosji muszą odejść w zapomnienie. Teraz tak sobie myślę, że roadtrip to luksus na miarę drinków z palemką.

Próbowaliśmy dostać się do Sludianki (tutaj zaczyna się szlak) o 11 rano. Wszystkie bilety na pociąg na ten dzień były już wyprzedane. Pojechaliśmy na dworzec autobusowy z tymi wszystkimi tobołami. Jedna marszrutka nie przyjechała, druga chyba też, kolejna dużo się spóźniła. Przynajmniej był rozkład jazdy. No i trzeba było dodatkowo zapłacić za bagaże.

Jak pozbyć się bagażu?

Przez opóźnienia trekking rozpoczęliśmy z 4-godzinnym opóźnieniem, czyli za daleko nie mieliśmy szansy dojść. Ja się cieszyłam, że w ogóle się udało ruszyć. Mieliśmy jednak trochę szczęścia tego dnia, ponieważ na dworcu kolejowym była przechowalnia bagaży. Kilka kilogramów ubrań i jedzenia mogliśmy zostawić na dole. Gdyby nie to, to nie wróżyłabym tam sukcesu na tym trekkingu.

Dziwne to KFC

Na dworcu znajduje się także sklep i apteka. Tutaj można uzupełnić zapasy żywieniowe. Kawałek dalej znajduje się również KFC, ale to nie ta restauracja co myślicie. KFC  w Sludiance serwuje burgery niewiadomego pochodzenia, sushi i pizzę. Też jesteście zaskoczeni tym połączeniem?

Początek szlaku w Sludiance

Trasa na początku prowadzi przez Sludiankę. Sprawa wygląda tak: wysiadacie na dworcu autobusowym, cofacie się do skrzyżowania, skręcacie w lewo w ulicę Parizhskoy komuny, a następnie idziecie prosto przez 3 kilometry.

Sludianka jest szara, raczej smutna i wygląda jakby Dementorzy z Harrego Pottera przeszli przez całą miejscowość i wyssali całą radość. Domy kiedyś miały tu kolory, a teraz są wyblakłe. Jedynie ludzie nadają kolorów tej mieścinie. No i koty. Mają tutaj bardzo puszyste koty z małymi mordkami.

Z czasem budynki zaczynały znikać i pojawiło się wejść na sam szlak. Jeśli po drodze miniecie Muzeum Mineralogiczne, to znaczy, że idziecie w dobrym kierunku.

Po niecałych 3 h marszu postanowiliśmy w krzakach nad rzeką rozbić nasz obóz. Tylko raz przeszło mi przez myśl pytanie, czy tutaj mogą być niedźwiedzie?

Dzień 2 – Z czasem już nic nie szło po naszej myśli

Wyszliśmy za późno, ale z pozytywnych rzeczy pogoda była ładna, a plecaki jakby lżejsze. Sam spacer był bardzo przyjemny.  Po drodze było wiele mostków – jedne łatwiejsze do przejścia, a inne trudniejsze. Widać było, że trasa jest dobrze przygotowana. W powietrzu czuć było zapach tajgi i wody ze strumyka. Dla pracoholika to przyjemna odmiana.

Wielkie hałdy marmuru

Po kilku kilometrach marszu myślałam, że widzimy lodowiec. Nagle zaskoczyła nas ogromna góra, która okazała się kopalnią marmuru. Pojawiła się tak szybko, że trochę byliśmy zdziwieni zmianą krajobrazu. Przyznaję, że to było ciekawe urozmaicenie wycieczki.

Kawałek dalej znajduje się schronisko z dobrym jedzeniem. Tego dnia babuszka serwowała grochówkę i oladuszki – coś w rodzaju naszych racuchów. Ale to były przyjemne chwile!

W tym miejscu można zafundować sobie nocleg – na „campingu” lub w schronisku. Potem dostaliśmy informacje, że ten przybytek jest brudny i znajome brzydziły się tu spać. Dobrze, że mieliśmy nasz niezawodny namiot. Do tego czasu trekking był bardzo udany – dobre jedzenie, zapach lasu, bliskość natury. Tutaj powoli kończyło się nasze szczęście.

Kulinarny przewodnik po Syberii

Szliśmy sobie i szliśmy, ale 150 metrów dalej zaczął padać deszcz.  Myśleliśmy, że mamy takie szczęście, że obok była wiata i pod daszkiem przeczekamy ulewę. Pierwszą tak, ale po ładnej pogodzie znowu przyszedł deszcz.

Zaczęły się schody…

W pewnym momencie mieliśmy wszystko mokre. W butach chlupało, wszystko, co miało być przeciwdeszczowe przestało być po takiej ilości deszczu. Wiedziałam, że tylko jeden sweter mam suchy. Biedne maty i śpiwory.

Michał chciał zawrócić, a ja chciałam iść dalej. Do celu było tylko 3,5 km. Nie chciałam odpuścić, byliśmy tak blisko szczytu. W tym momencie wiedzieliśmy, że jutrzejsza Kolej Krugobajkalska o 13:00 odjedzie bez nas.

Im wyżej, tym przewyższenia były większe, a szlak gorzej oznakowany. Przedzieraliśmy się przez jakieś krzaki, tereny podmokłe i inną ściółkę leśną. Momentami nie wiedzieliśmy, czy w ogóle idziemy w dobrym kierunku. Tutaj jeszcze tę wycieczkę traktowałam jako wyzwanie i przygodę. Czułam, że jakoś to będzie i damy radę.

Mniej więcej 2 km przed końcem i mnie się kończyły siły. Zaczęłam się bać, jak przetrwamy noc w górach, w lesie skoro wszystko jest mokre, a robiło się już zimno. Nie zapowiadało się, że pogoda ma się poprawić. Przynajmniej nie było jeszcze ciemno. Nienawidzę zimna. Okazuje się, że jest jeszcze gorzej, kiedy jest zimno, mokro i nie ma gdzie się wysuszyć.

Te piękne wskazówki na trasie wcale nie pokazywały, ile jest kilometrów na szczyt. One nas prowadziły do schroniska. Nasz cel miał być jeszcze 3,5 km dalej…

 

Dzień 2 – Dobre zakończenie pechowego dnia

Miałam nadzieję, że któryś z tych zapadających się domów będzie schroniskiem. Nie było szans, abyśmy poszli dalej. Zza szyldu „Kvas u Romana” wyłonił się młody człowiek. Anton zaprosił nas do środka, zaparzył czaju i zagotował wody na liofilizaty (znowu wjechał bigos). Pracuje tutaj u góry w stacji meteorologicznej i przy okazji „ogarnia” schronisko.

Śmieszne było to, że ludzie ze stacji meteorologicznej nie wiedzieli, jaka jutro będzie pogoda, bo oni tylko mierzą to, co jest obecnie. Anton odradził nam wycieczkę na szczyt, ponieważ jest ślisko i niebezpiecznie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co mu chodzi. Jakie niebezpiecznie?

Miałam różne myśli, ale w końcu postanowiliśmy zostać tutaj na noc i przedłużyć trekking o kolejny dzień. Okazało się, że poza nami jeszcze dwie Polki czekają na lepszą pogodę. Tylko one zdążyły tutaj dojść przed tą wielką ulewą.

W środku było ciepło i sucho. Anton tak napalił w piecu, że wysechł nawet papier toaletowy i moja kurtka, z której wyciskałam wodę. Jako że, wszystko miałam mokre, część ubrań musiała schnąć na mnie. Dobrze, że poza łóżkami i fotelami była też drewniana ławka, na której mogłam usiąść w mokrych spodniach. Perspektywa spania w mokrym namiocie na mokrej macie i w wilgotnym śpiworze odeszła w zapomnienie, przynajmniej na tę noc. Szczęście w nieszczęściu.

Czas na ruską banię

Okazało się też, że ten kolejny rozpadający się domek, to nie sypialnia, tylko ruska bania. Godzinę później siedzieliśmy już w środku. Może i ten przedsionek z miskami z zimną wodą był trochę obskurny, ale w środku było idealnie. No i ciepło. Nie spodziewałam się, że ten dzień tak się skończy. Nie sądziłam, że tak szybko przeskoczę spania w namiocie w deszczu w mokrych rzeczach do spania w schronisku i wieczorze w bani.

Ciężka noc

Nie będę opisywać materaców w tym schronisk. Po prostu na nich położyliśmy już suche maty i staraliśmy się nie wystawić żadnej kończyny poza nią. Niestety to nie było najgorsze tej nocy.

Myślałam, że limit pecha na to wyjście, albo chociaż na ten dzień wyczerpaliśmy. Niestety nie. Przez całą noc przespałem może 2 h. Przez 6,5 h przewalałam się na łóżku. Czułam, jak żołądek robi się pusty, pęcherz pełen, a dodatkowo odezwał się ból kolan. Jak po 2 h odpoczynku zasuwać z plecakiem po górach?

Dzień 3 – Wejść na szczyt czy odpuścić?

Pogoda była ładna, więc wycieczka na szczyt nabierała sensu. Byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam, czy lepiej szybko schodzić w dół (kończyło nam się jedzenie), czy dorzucić do tego dnia jeszcze 7 km i pójść na szczyt. Nienawidzę, kiedy jestem tak skrajnie niewyspana, a muszę cały dzień być zwarta i gotowa.

Postanowiliśmy schodzić. Kiedy już ubraliśmy plecaki i na siebie i szliśmy w stronę wyjścia w ostatniej chwili zmieniliśmy zdanie.  Idziemy na górę. Bagaże mogliśmy zostawić w schronisku, wejść na górę i potem po nie wrócić. Tak też zrobiliśmy.

„Droga krzyżowa”

Szłam przed siebie, niekoniecznie patrzyłam na krajobrazy i momentami było mi wszystko jedno. Myślałam tylko o odpoczynku. Dobrze, że ból kolan minął. Im byliśmy bliżej szczytu i wychodziliśmy z lasu, tym miałam więcej energii. Widoki były coraz ładniejsze i było widać nasz cel.

Po drodze widzieliśmy również Jezioro Serce, które faktycznie kształtem je przypominało. Zawsze to miłe urozmaicenie trasy.

Czas na łańcuchy

Na ostatniej prostej czekała na nas niespodzianka w postaci mini Orlej Perci. Do przejścia mieliśmy wąską grań nad przepaścią po łańcuchach. Dobrze, że zostawiliśmy plecaki w schronisku. Z nimi byłoby trudno. Jeśli ktoś ma lęk wysokości, to lepiej odpuścić sobie tę ostatnią część.

No i tutaj już wiedziałam, co Anton miał na myśli, mówiąc, że jest to niebezpieczna trasa podczas ulewy. Z mojego researchu nie wynikało, że na sam koniec trzeba wspiąć się po łańcuchach. Z tego względu nigdy nie nazwałabym tej trasy łatwą.

Poszło nam sprawnie, chociaż momentami zastanawiałam się, czy to jest dobry pomysł. Potem przeszliśmy kilka minut przez kamienie i byliśmy na szczycie. Widoki na góry Chamar-Daban wszystko wynagrodziły. Byliśmy tak wysoko, że mieliśmy głowy w chmurach. Nawet ta zbliżająca się burza dodała trochę dramaturgii. To był pój pierwszy dłuższy trekking od czasów harcerstwa. Już zapomniałam jak to jest 🙂

Jeszcze lepsze było poczucie, że teraz czeka nas już tylko droga w dół. No i te łańcuchy, ale tym razem w deszczowej odsłonie. Mieliśmy szczęście, że na samym szczycie było słońce, bo potem pogoda znowu dała nam trochę w kość.

Tego dnia łącznie przeszliśmy 16 km. Nie wiem, skąd miałam siłę na to wszystko. Na pewno nie z jedzenia i spania.  600 metrów przed drugim schroniskiem rozbiliśmy namiot i w końcu mogliśmy zjeść resztki naszych zapasów. Nie sądziłam, że mój organizm tak dobrze dostosuje się do deficytów jedzenia. Pierwszy raz w życiu idąc, usnęłam na kilka sekund.

Dzień 4 – To jest już koniec

Tutaj już poszło szybko i sprawnie. Tylko raz na kilka kilometrów zgubiliśmy siebie nawzajem. Plecaki wydawały się lżejsze albo już się przyzwyczailiśmy. Tego dnia wróciliśmy do Irkucka na pierogi z wiśniami, porządną kąpiel i pranie tych śmierdzących ubrań. Czekała na nas czysta kawalerka z dostępem do pralki.

3-dniowy trekking na Szczyt Czerskiego na Syberii

Było warto. Naprawdę. Czasami miałam wątpliwości i byłam zła, że mamy pecha z tym deszczem. Noc w schronisku była trudna ze względu na bezsenność i późniejszy trekking, kiedy byłam okropnie zmęczona. Tak nam się spodobało, że postanowiliśmy na tym samym wyjeździe przejść Wielki Szlak Bajkalski. Jeszcze bardziej się cieszę, że dałam radę zrobić dwa, dłuższe trekkingi. Okazuje się, że wcale nie trzeba mieć wybitnej kondycji i szybko chodzić po górach, aby pokonywać dłuższe dystanse i jeszcze mieć z tego przyjemność.

Kim był Jan Czerski?

Skoro zdobywaliśmy Szczyt Czerskiego, warto by było wspomnieć o tym, kim był. Za uczestnictwo w powstaniu styczniowym został zesłany na Syberię. Tam musiał przymusowo wstąpić do wojska. Zły stan zdrowia nie pozwolił mu wykonywać obowiązków. Było to dla niego korzystne rozwiązanie, ponieważ mógł poświęcić się badaniom. Był pierwszym człowiekiem, który opracował mapę geologiczną Bajkału i zaproponował paleotektoniczną mapę Syberii.