Atrakcje Dolnego Śląska i nocleg w sferycznym namiocie

Mówi się, że Dolny Śląsk to jedno z najbogatszych w atrakcje turystyczne województw w Polsce. Przez 4 dni udało nam się odkryć tylko niewielki wycinek Dolnego Śląska, ale na pewno tu wrócimy. Chciałabym jeszcze zobaczyć wulkany, zamki, krzywe wieże i porcelanę w Bolesławcu. Mimo wszystko w tak krótkim czasie udało nam się sporo zwiedzić i doświadczyć. Zapraszam na krótki, ale różnorodny przewodnik po Dolnym Śląsku!

Vegan House – nocleg w sferycznym namiocie

Trzy noce spędziłyśmy w namiocie sferycznym Vegan House. Z przezroczystej bańki mogłyśmy podziwiać naturę i gwiazdy, gdyby niebo było mniej zachmurzone. Rozłożony mieliśmy także wiszący namiot, aby zobaczyć, jak się śpi w namiocie, ale takim w powietrzu. Jest wygodnie mimo braku podłoża 🙂

Lubię takie nietypowe noclegi i fajnie, że udało nam się zarezerwować kolejne, oryginalne miejsce do spania. Takie „fikuśne” miejsca szybko się zapełniają, więc rezerwację należy robić czasami z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Bańka położona jest prawie na końcu Polski i trzeba się liczyć z tym, że jest trochę odcięta od cywilizacji.

Bańka położona jest prawie na końcu Polski i trzeba się liczyć z tym, że jest trochę odcięta od cywilizacji. Rozłożony mieliśmy także wiszący namiot, aby zobaczyć, jak się śpi w namiocie, ale takim w powietrzu. Jest wygodnie mimo braku podłoża 🙂

Codziennie rano i wieczorem dostawałyśmy jedzenie w koszyku. Wszystko było wegańskie, więc dla mnie to było coś nowego. Racuchy i budyń z truskawkami na pewno zapamiętam na długo. To jest zaleta tego miejsca, że rano serwują śniadanie do domku i nie trzeba się głowić nad listą zakupów, tylko wszystko podane jest na tacy. Dosłownie.

No i mieliśmy do dyspozycji saunę bez ograniczeń. Tutaj też kontakt z naturą nas nie opuszczał za sprawą czarnej myszy, która nam towarzyszyła przez cały czas saunowania. Obok, na polanie znajduje się wanna, więc jak ktoś chce wziąć kąpiel na łonie natury, to też można.

Zaprzyjaźnić można się także z kotkiem, psem i uroczym kaczkami, które zjadają ślimaki. No i warto pójść na warsztaty o ziołach i później samemu trochę ich pozbierać z okolicznej łąki 🙂

Warsztaty zielarskie

Już po wyjściu z samochodu w Vegan House czułyśmy zapach łąki, w tle ptaki sobie śpiewały, a po trawie pełzały ślimaki. Potem okazało się, że tuż przy naszym namiocie rosną poziomki, zioła i kwiaty, z których można zrobić mieszankę do picia i do kąpieli.

Dzień rozpoczęłyśmy od warsztatów o ziołach, ale takich leczniczych. Numerem jeden na łące jest pokrzywa. Wystarczy zalać ją gorącą wodą i już przestaje parzyć, a przy okazji korzystnie wpływa na odporność i włosy. Kolejnym odkryciem były płatki róży, które wygładzają skórę, a do tego są jadalne. Z kolei picie naparu z koniczyny koi nerwy i poprawia nastrój. Pospacerowałyśmy trochę po łące, zrobiłyśmy własne kompozycje ziół do picia i kąpieli i ruszyłyśmy dalej.

Złoty Jar

Zanim weszłyśmy pod ziemię do kopalni, zajechaliśmy do Złotego Jaru. Gdzieś na końcu Polski, w lesie znajduje się poniemiecki pensjonat. Panuje tu niesamowity, sielski klimat. Warto zajrzeć w każdy zakamarek, a na pewno trzeba zasiąść w restauracji. Na stół wjechały czarne pierogi, różowe pielmieni i bakłażan wypełniony kolorowymi dodatkami. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, aby pobyć w tych stronach i nacieszyć oko rustykalnym klimatem. Na pewno chciałabym tu wrócić na noc 😉

Spływ łodzią w Kopalni Złota

Potem wybrałam się w towarzystwie mojej klaustrofobii na podziemny spływ łodzią w Kopalni Złota. Na początku było całkiem fajnie, ale im dalej w tunel, tym bardziej się zastanawiałam, czy za chwilę ta przestrzeń nie zacznie się kurczyć. Historie o górnikach, którzy tu zginęli, tylko podsycały emocje. Co warto zrobić w tej sytuacji? Myślami powędrować gdzieś indziej i nie skupiać się na tym, co tu i teraz. Ciekawe doświadczenie, ale wypatrywanie światełka w tunelu, który zwiastuje koniec wycieczki, już trochę mnie dobijał.

Kopalnia Złota w Złotym Stoku

Następnie przeszłyśmy do zwiedzania Podziemnej trasy turystycznej. Żarobliwo-sucharowy sposób opowiadania zawalił mnie z nóg, ale w negatywny sposób. Męczyłam na tej wycieczce, ale postaram się opowiedzieć trochę o kopalni.

Złoty Stok jest najstarszym ośrodkiem górniczym w Polsce. Przez 700 lat, pozyskano tutaj 16 ton czystego złota. W XVI działało tutaj około 190 kopalni złota, co stanowiło 8% całego wydobycia tego surowca w Europie. W 1962 roku zamknięto kopalnię i do dziś nie wiadomo, co było powodem tej decyzji. W krótkim czasie woda zatopiła cały obszar.

Po wysłuchaniu historii kopalni wyszliśmy na powierzchnię, aby potem ponownie wejść pod ziemię. Na samym dole znajduje się jedyny w Polsce podziemny wodospad. Ma on 10 metrów, a specjalnie dla turystów został podświetlony różnokolorowymi światełkami.

Kopalnia Uranu w Kletnie

Za to Kopalnia Uranu na pewno jest warta polecenia. Kopalnia Uranu działała tylko przez kilka lat po II wojnie światowej. W tym czasie wydobyto z niej ok. 20 ton uranu na potrzeby Związku Radzieckiego. Uran wykorzystywali do produkcji bomby. Górnicy niestety dostawali jedynie maski ochronne, które wykonane były z azbestu. Szybko się zapychały, więc je zdejmowali. O dziwo, górnicy nie umierali na chorobę popromienną, tylko na pylicę.

Ściany sztolni są kolorowe za sprawą licznych, wielobarwnych minerałów. Nie musicie się bać o wysoki poziom promieniowania – utrzymuje się on na bezpiecznym dla ludzi poziomie.

Na zwiedzanie ok. 400 metrów podziemnych chodników musicie przeznaczyć ok. 45 minut.

Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych

Szczeliniec Wielki to najwyższy szczyt w Górach Stołowych, a zarazem mój 5 szczyt do Korony Gór Polski. Trasa prowadzi przez skalne labirynty, głębokie szczeliny i lasy. Do schroniska i punktu widokowego z parkingu w Karłowie dotarłyśmy w ciągu 30-40 minut.

Najwyższym punktem Szczelinca Wielkiego jest tzw. Tron Liczyrzepy, więc jeśli ktoś chce zdobyć ten szczyt w ramach KGP musi zapłacić 10-12 zł za bilet do Labiryntu Skalnego i kontynuować wycieczkę. Można też zawrócić, ale polecam jednak pójść dalej, ponieważ ten odcinek jest o wiele bardziej malowniczy. Musicie też wiedzieć, że nie ma możliwości powrotu do schroniska. Trasa prowadzi w dół do Karłowa (parking) i jest to jedyna droga.

Po drodze mijaliśmy skały, które przypominają np. wielbłąda, małpę, tron i inne. Nie są to wymagające szlaki, a widoki są jedyne w swoim rodzaju. Wycieczkę rozpoczęłyśmy w Karłowie, gdzie można zostawić samochód i wyruszyć na szlak.

Lawendowa Pole – Chata Morgana

Gospodarstwo Chata Morgana na Dolnym Śląsku umożliwiło nam zobaczenie lawendowego pola. Nie wiem czemu, ale lubię ten zapach i widok fioletowych kwiatów na wzgórzu. Samo to miejsce jest takie sielskie, przyjemne i aż się prosi o to, aby przyjechać tam na dłuższy odpoczynek.

Właścicielka była bardzo miła, opowiedziała nam trochę o lawendzie i nawet nie wiedziałam, że ta roślina występuje w kilku odmianach. Myślałam, że lawenda to lawenda i tyle w tej sprawie. Nie tylko mogliśmy obfotografować lawendowe pole ze wszystkich stron, ale i kupić wyroby z tej rośliny.

Kolorowe jeziorka w Rudawach Janowickich

W plebiscycie National Geographic kolorowe jeziorka zostały uznane za jeden z cudów Polski. Powstały po dawnych niemieckich kopalniach, a zabarwienie zależy od składu chemicznego podłoża. Kąpiele w jeziorze są zabronione, a woda ponoć jest trująca. Ciekawe jak się ma pies, który chłeptał sobie wodę z jeziorka.

Między jeziorkami możemy spacerować ścieżką edukacją, która wiedzie wzdłuż zielonego szlaku. Trasa od bramy do ostatniego, zielonego jeziorka liczy sobie niecałe 2 km. Obejście wszystkich punktów z przerwami na zdjęcia zajęło nam niecałe 2 godziny.

Pierwsze ukazało nam się Żółte Jeziorko, które okresowo wysycha. Z tego względu zastaliśmy tylko żółtą kałużę, ale tego się spodziewaliśmy. Żółty kolor powstał za sprawą obecności wapnia i siarki.

Z kolei Purpurowe Jeziorko prezentowało się lepiej. Ja zdecydowanie nazwałabym je żółto-czerwonym, ale jak się przyjrzycie to i purpura się znajdzie. Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na słoneczny dzień, więc kolory były intensywniejsze. Woda w jeziorku to  roztwór kwasu siarkowego ze związkami miedzi, żelaza i pirytu.

Błękitne Jeziorko (które wygląda jak zielone) zrobiło na nas największe wrażenie. Poczułyśmy się jak w Kanadzie albo na Malediwach. Barwy były intensywne, wyraźne i trudno mi było uwierzyć, że takie miejsca znajdują się w Polsce. Dla tego jednego jeziorka warto było tu przyjechać 🙂 Błękitne Jeziorko ma najczystszą wodę ze wszystkich zbiorników w parku. Dzięki temu może pochwalić się bogatą fauną. Pojawiają się tutaj np. salamandry plamiste i traszki górskie. Niebieski kolor to wynik obecności glonów.

Na końcu znajduje się Zielony Stawek. Zastaliśmy zbiornik wody, który raczej wyglądał na brązowy, ale chyba najbardziej przypominał kolor brudnej szmaty. Takie bagienko gdzieś w lesie 🙂 I tak mieliśmy szczęście, ponieważ przez dużą część roku nie ma w nim wody.

Wycieczkę można kontynuować na Wielką Kopę (ok. 30 minut spaceru) lub zawrócić i tą samą trasą zejść do parkingu.

Międzygórze

Międzygórze odwiedziłam w sumie jakieś 3 razy. Regularnie przyjeżdżaliśmy w te strony na Sylwestra, aby Nowy Rok przywitać w Stodole. Podczas tego wyjazdu w Międzygórzu spędziłyśmy tylko chwilę, ale chciałabym rozszerzyć ten wpis o moje wcześniejsze doświadczenia.

Międzygórze nazywane jest Perłą Sudetów, a miejscowość charakteryzuje się zabudową w stylu tyrolskim z XIX wieku. Będąc w Międzygórzu, warto pospacerować wśród drewnianych willi, a później zajrzeć do dwóch miejsc. Na pewno warto wstąpić do Alpejskiego Dworu na najlepszą na świecie szarlotkę z lodami. Przy okazji (po wcześniejszej rezerwacji) można skorzystać z sauny i balii. Jeśli Wam mało, to polecam zejść nieco niżej do Cafe Marianna na gorącą czekoladę z wiśniówką lub herbatę jaśminową.

Co jeszcze warto zobaczyć?

Sanktuarium Mari Śnieżnej,

Ogród Bajek,

Wodospad Wilczki,

Zaporę Wodną.

Wiating w lesie

Dla mnie największą atrakcją była wieczorno-nocna wycieczka na Śnieżnik i nocleg w wiacie gdzieś w lesie. Ruszyliśmy dzień przed Sylwestrem ze Stodoły w kierunku Śnieżnika. Przy schronisku mieliśmy zboczyć z trasy i dołączyć do grupy znajomych, którzy już koczowali gdzieś w świeżym puchu. Po 4 godzinach dotarliśmy do opuszczonej wiaty.

Tym razem Giers pokazał nam nową formę nocowania w górach. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o wiatingu, czyli spaniu w opuszczonych wiatach i chatkach w górach. Przyznaję, że wcześniej nawet mi do głowy nie przyszło, że w polskich górach można spać poza szlakiem w darmowej chatce. Myślałam, że takie rarytasy są zarezerwowane tylko dla Skandynawii.

Przyznaję, że kiedy weszłam do chatki cieszyłam, że nie muszę rozkładać namiotu. Lubię tę formę noclegu, ale niekoniecznie lubię rozbijać przenośny domek. Wiedziałam, że w chatce będzie w miarę ciepło i sucho, a rano nic mi nie będzie kapało na głowę.

Tym razem lepiej się przygotowałam. Doświadczenie z poprzedniego roku pokazało, że większa liczba ubrań na zmianę jest przydatna (szczególnie jak przez większość czasu pada śnieg lub deszcz), a kijki są zbawiennie w trekkingu. W tym sezonie wypad na Śnieżnik był bardziej spacerem niż „walką o przetrwanie”. Przeprawa przez śnieg była przyjemna, a warunki bardzo dobre. No i nowe doświadczenie związane ze spaniem w opuszczonej chatce.

Przy okazji zdobyłam kolejny szczyt zaliczany do Korony Gór Polski. Tym razem stopę postawiłam na Śnieżniku. Pogoda była tak ładna, że widoki z góry były warte krótkiego trekkingu.

 

You May Also Like

Miejsca Mocy na Podlasiu – Święta Góra Grabarka i inne

Kimura Glamping – gdzie uciec z Warszawy na jedną dobę?

Składak Challenge – 60 kilometrów po Śląsku na Jubilacie

Warmia i Mazury – glamping w zgodzie z naturą