Organizacja podróży do Hiszpanii wycieczki

Życie jak w Madrycie – Erasmus w Hiszpanii

Już od dłuższego czasu planowałam podsumować swój wyjazd do Madrytu w ramach Erasmusa. Nie chciałam, aby ten tekst pojawił się nagle, wyrwany z kontekstu. Chciałam go ulokować w sensownym miejscu, także napisałam go równo rok po tym jak udało mi się wyjechać do stolicy Hiszpanii, czyli pół roku po powrocie do Polski. Nie będzie to relacja na bieżąco, ale z perspektywy czasu.

Chyba nie prędko napiszę tak obszerny wpis. Jakoś tak wyszło, że na początku poruszyłam kwestie związane z uczelnią i z nauką języka. Ale spokojnie, później będzie ciekawie:) Następnie będziecie mogli poczytać o podróżowaniu, ludziach, obawach, o tym co mnie zaskoczyło oraz o tym jacy są Hiszpanie. Na koniec trochę praktycznych wskazówek.

y11042955_894534403930030_2410986333189243358_n

Jak było z tym językiem?

Do Madrytu jechałam z poczuciem, że mój hiszpański jest na takim poziomie, że dogadam się bez większych problemów. Pierwsze dni na uczelni zweryfikowały wszystko. Weszłam do sali na pierwsze zajęcia, posłuchałam trochę i pomyślałam „to są jakieś jaja”. Gdzieś umknęło mi, że Hiszpanie wyrzucają z siebie słowa z prędkością światła. Przy dobrych wiatrach rozumiałam co drugie słowo z tego jednego, wielkiego bełkotu. Inni mówili – trzeba się osłuchać, za miesiąc będzie o wiele lepiej. Czy było? Różnie bywało. Może nie doszłam do perfekcji, ale po czasie coraz częściej rozumiałam co do mnie mówią. Jednak do samego końca semestru musiałam wytężać umysł, aby nic mi nie umknęło. Tzn. aby nie umykało za wiele;)

Sprawa całkiem inaczej wyglądała w kwestiach towarzyskich. Erasmusi poruszali się głównie w kręgach osób z wymiany, a oni jak wiadomo posługiwali się hiszpańskim bez akcentu, mówili wolniej, trochę z błędami. W takich sytuacjach można było odetchnąć i na luzie porozmawiać sobie w obcym języku. Była to miła odmiana po uczelnianych podbojach. Problem ze zrozumieniem znikał. Nawet hiszpański rodem z Ameryki Południowej brzmi inaczej, wyraźniej. Może nie jest tak charakterystyczny jak hiszpański z Hiszpanii, ale w kwestii rozumienia wygrywa.

y11007487_723096574474666_77805904_n

Jadąc do Madrytu nie nastawiałam się, że posiądę dużą wiedzę akademicką z psychologii. Trochę nie po to pojechałam na drugi koniec Europy.  Byłam na ostatnim semestrze studiów, a wyjazd chciałam wykorzystać na naukę jęz. hiszpańskiego i odkrywanie Hiszpanii. Wszyscy mówili, że wrócę z biegłym hiszpańskim i wszystko będzie wspaniale. Do końca tak nie było. Moje umiejętności wzrosły kilkukrotnie, ale do biegłości mi daleko. Może gdybym startowała od wyższego poziomu, osiągnęłabym coś więcej. Każda osoba z wymiany na uczelni ma możliwość zapisania się na kurs języka obcego. Kiedyś taki kurs był darmowy, teraz płaci się grosze. Jeżeli wyjeżdżacie na pierwszy semestr to macie możliwość zrobienia intensywnego kursu języka w tym przypadku hiszpańskiego miesiąc przed startem roku akademickiego. Wszystko gratis. Pozostaje tylko kwestia zakwaterowania.

Poza zajęciami sama się uczyłam. Oglądałam filmy hiszpańskie z napisami hiszpańskimi, powtarzałam gramatykę, pogrupowałam słówka na kategorie i przyswajałam stopniowo. Czytałam artykuły na stronie habla.pl i elpais.com Czasami podsłuchiwałam rozmowy w metrze, ale szybko nadmiar bodźców mnie zmęczył. Swoją drogą większość słówek z hiszpańskiego nauczyłam się właśnie w komunikacji miejskiej – polskiej i hiszpańskiej. Nie pamiętam, abym w domu siadała do nauki słówek, zawsze było to przy okazji. Wpadł mi ręce również serial po hiszpańsku przeznaczony specjalnie do nauki. Link tutaj.

DSC_7857

W Madrycie używałam tylko języka hiszpańskiego (czasami także polskiego), zapomniałam totalnie o angielskim. Wyszło mi to na dobre i każdemu polecam takie wyjście. Naprawdę można szybko nauczyć się języka obcego. W Hiszpanii jest o tyle łatwiej, że większość osób nie zna angielskiego, także problem angielski vs hiszpański znika. Warto wiedzieć, że w Hiszpanii najczęściej zajęcia są właśnie po hiszpańsku. Słyszałam o przypadku, kiedy dziewczyna miała zatwierdzone przedmioty po angielsku, a po przyjeździe okazało się, że niestety musi zapisać się na te po hiszpańsku. Polecam przed wylotem dopilnować wszystkiego samemu, aby potem nie znaleźć się w takiej sytuacji.

y10968363_10205828770695478_2675507014461034745_n

W Hiszpanii trzeba się uczyć

Ludzie mówią, że Erasmus w Hiszpanii to relaks pod palmą. Może i tak jest, ale na pewno nie wszędzie. Nie nastawiałam się na półroczne wakacje, ani nie oczekiwałam ulg z powodu bycia obcokrajowcem.

Zajęć było sporo. Nauki również. Prace domowe nie należały do rzadkości. Projekty również. Było to lekkie zderzenie z innym, uczelnianym światem. U nas, aż tak intensywnie nie było.

WP_20150127_005

Wykazałam się lekkim sprytem i zapisałam się na przedmiot przez internet. Brzmi idealnie, no nie? W praktyce okazało się, że prace które trzeba było pisać raz na tydzień były bardzo trudne, czasochłonne i wymagały więcej pracy, niż chodzenie na zajęcia i nauka do egzaminów. Koleżanka ostrzegała mnie, że nie będzie to bułka z masłem. Wyboru nigdy nie żałowałam, szczególnie jak przyszła sesja i odetchnęłam z ulgą, że na starcie mam jeden przedmiot do przodu. Koniecznie sprawdźcie czy nie macie do wyboru wirtualnych przedmiotów.

DSC_7831

Pierwszym zaskoczeniem było dla mnie fakt, że na naszej uczelni na egzaminach stosuje się ujemne punkty. Za każdą niepoprawną odpowiedź odejmują nam 1 pkt. Egzamin miał formę testu (co dla mnie ma wady i zalety), ale strzelanie odpowiedzi było ryzykowne. Z jednego przedmiotu załatwiłam sobie 20-30-stronnicową pracę o psychopatii zamiast egzaminu. Stwierdziłam, że muszę zdać się na swój spryt w razie niepowodzenia. Dla mnie czas sesji był najgorszym okresem w Madrycie. Całe dnie siedziałam nad tłumaczeniami materiałów, uczeniem się i zapamiętywaniu setek, specyficznych słówek. W głowie miałam te ujemne punkty i motywacja stopniowo spadała. Jak już miałam dość to potrafiłam chodzić po okolicy przez 2 godziny. W rankingu najgorszych sesji ta hiszpańska jest poza kategorią.

DSC_7668

Podróże w głąb Hiszpanii

Poza intensywną nauką hiszpańskiego stawiałam również na podróże. Potrafiłam odmówić sobie imprezy, jeżeli następnego dnia gdzieś wyjeżdżałam, czyli często. Już w pierwszym tygodniu udało mi się zapisać na darmową wycieczkę do Segowii, a potem już poleciało. Jeździłam sama, ze znajomymi, z ESN, a także z organizacją Smart Insiders z którą najbardziej się trzymałam. To właśnie z nimi odbywały się najlepsze wyjazdy. Nie zamykałam się tylko w tym co proponował ESN z naszej uczelni tylko ciągle szukałam nowych miejsc i nowych ludzi. Dołączam do różnorodnych grup na facebooku, szukałam w internecie innych organizacji, aby mieć większy wybór. Dobrze wspominam także nasz tygodniowy wyjazd do Kraju Basków. Wynajęliśmy samochód (polecam rentalcars). i objechaliśmy najciekawsze atrakcje, ciesząc się długą przerwą na uczelni. 

Ciężko zliczyć ile miejsc udało mi się odwiedzić ale do sesji wyjeżdżałam co weekend. Udało mi się poznać Madryt od podszewki. Kiedy obeszłam stolicę Hiszpanii wzdłuż i wszerz poznając wszystkie mniej lub bardziej typowe zabytki zaczęłam rozglądać się za czymś specyficznym. Najmilej wspominam Peron 0 i La Tabalacere. Z kolei najgorszym doświadczeniem podróżniczym było wyjście na corridę. Wszystkie negatywne emocje przelałam w tym poście.

DSC_8559

3

Kiedy z Michałem stwierdziliśmy, że sam Madryt już nam nie wystarcza wybraliśmy się wycieczkę śladami Top Geara. Tutaj możecie poczytać o tym co nam z tego wyszło.

DSC_9595

Z Tutirodziną pojechaliśmy na Wielkanoc do Kordoby, aby zderzyć się z inną kulturą i zobaczyć najbardziej nietypowe procesje. Więcej tutaj.

DSC_5953

DSC_5857

2

Zawsze chciałam zobaczyć wiatraki Don Kichota. I udało się. Oto one. Cieszę się, że prócz miasta i miasteczek udało się pojechać w hiszpańskie góry. Naprawdę Hiszpania to nie tylko rajskie plaże, sangria i morze. Ta mniej znana Hiszpania zdecydowanie bardziej powala na kolana. Szczególnie Picos de Europa. Kolejne szczyty górskie zaliczyłam pod Madrytem z Kingą i Olkiem. Było to co najmniej gorące doświadczenie. Jeżeli miałabym wybierać ulubiony region w Hiszpanii zaraz po Andaluzji byłby jest to Kraj Basków. Inni ludzie, górskie klimaty, niższa temperatura, zamiast tapas pinchos – ekipa Złombola byłaby w niebo wzięta.

DSC_6454

DSC_7465

11058753_933122493376917_2855624911932810473_n

11228117_933122723376894_6347826007415582795_n

Z Klaudią odbyliśmy dwie podróże – liznęłam trochę spontaniczności oraz cydru prosto z Asturii. Poza tym miałam okazję poznać Baska z krwi i kości i miejsce, gdzie odbywa się słynna gonitwa byków.

1

DSC_0301

DSC_0426

Udało się zrealizować projekt, który miałam w głowie od dłuższego czasu. Chyba inne pomysły trochę go przysypały, ponieważ przypomniałam sobie o tym dopiero pod koniec pobytu. Mianowicie zawsze chciałam odwiedzić miejsca w Madrycie, gdzie Almodovar kręcił swoje filmy. Po sesji poświęciłam kilka dni na eksplorację Madrytu właśnie pod tym kątem. Prawdopodobnie nawet połowy rzeczy z listy nie zobaczyłam, ale udało się dotrzeć do wielu zakątków. Z tej okazji powstał cykl 3 wpisów.

Udało się także odwiedzić sąsiednie państwo – Portugalię. Na pierwszy ogień poszła Lizbona, potem zawsze deszczowa Sintra, a na koniec Porto chowające się za mgłą. To był najlepszy wyjazd pod kątem towarzystwa, Smart Insiders jak zawsze nie zawiodło!

DSC_3465-2

11043165_770591806329032_8146306995606998187_n

000101_022305

10994878_10203882758288843_2298006320268543952_n

Czekałam na idealną ofertę wyjazdu do Maroko. I się pojawiła. Niestety kilka dni przed wszystko diabli wzięli i wyjazd się nie odbył. Miałam tydzień wolnego, więc zamiast siedzieć w Madrycie pojechałam do Andaluzji. Nie chciało mi się wypytywać innych czy chcą jechać, negocjować planu zwiedzania itp. Zdecydowałam, że przyszedł czas na samotną wyprawę. Chciałam sprawdzić jak bardzo moja orientacja w terenie kuleje i czy taka forma wyjazdu jest dla mnie. Ja wieeem, że pewnie większość z Was swoją, pierwszą, samotną podróż miała 100 lat temu, ale cóż. U mnie wszystko rządzi się swoimi prawami. O tym wyjeździe będzie więcej jak obrobię zdjęcia z Malagi 😉 Póki co pojawił się tylko wpis z Rondy. Bardzo hiszpańskie miasteczko, nie tylko gorące, ale ma wiele do zaproponowania. W Maladze spałam jak dotąd w moim ulubionym hostelu, który był bardzo czysty, fajnie urządzony, a na dachu można było wypić kawę z widokiem na miasto.

Ze względu na swoich, homoseksualnych znajomych wypadało również poznać Madryt od tej strony mocy. Udałam się na słynną dzielnicę Chueca, która nieoficjalnie uznawana jest za miejscówkę homoseksualistów. Liczę, że kolejnym etapem odkrywania będzie impreza w branżowym klubie, albo festiwal Orgullo.

Obawy

U mnie było ich nie mało. Po pierwsze moja wątpliwa orientacja w terenie. Patrząc na rozkład linii metra dostałam oczopląsu. 13 nitek plus kolejka. Bałam się, że co chwilę będę się gubić. W końcu Madryt jest jakiś 3 razy większy, niż Warszawa. Poszło lepiej, niż zakładałam. Zamiast myśleć o niebieskich migdałach rozglądałam się skąd i gdzie mam dojechać. Niezawodny okazał się google maps, gdzie mogłam sprawdzać skąd, dokąd i czym dojadę.

Bałam się, że ciężko będzie mi znaleźć znajomych. Początkowo nawet nie wiedziałam, gdzie ich szukać. Po części nawet nie chciało mi się zaczynać wszystkiego od nowa. Po pierwszym tygodniu nauki zaczęły się imprezy erasmusowe, spotkania. Korzystałam także z wyjazdów i spotkań organizowanych przez inne uczelnie.

Ten aspekt jakoś sam się ułożył, ale początkowo nie wyobrażałam sobie jak to będzie wyglądać. Zdziwiłam się także, że osoby spoza wymiany nie integrują się z nami, a czasami nawet patrzą na nas jak na dziwne stworzenia. Prócz tych, którzy działali w ESN.

Bariera językowa również była źródłem niepokoju. Nie będzie tak jak na zajęciach hiszpańskiego, że jak czegoś nie zrozumiem to dopowiem po polsku. Bałam się też, że moja znajomość hiszpańskiego będzie niewystarczająca, aby zrozumieć zagadnienia z psychologii. Na początku tak było. Wpadłam w lekkie przerażenie, ale zaczęłam się intensywnie uczyć. Z czasem było lepiej, ale nadal nie bardzo dobrze.

WP_20150215_004

W ciągu 5 miesięcy odbyłam 8 podróży samolotem. Jako, że ta forma transportu nieco mnie przeraża przeszłam swoje, ale powoli, bardzo powoli przyzwyczajam się do podniebnych podróży.

Na naszej uczelni wymagali znajomości języka na poziomie B1. Podobno taki stopień jest wystarczający, aby swobodnie poruszać się w zagadnieniach uczelnianych. Nie mogę się z tym zgodzić. B2 to absolutne minimum. Nie jest to pogawędka o wakacjach, ekologii czy podstawowych chorobach. Przewija się mnóstwo słówek specyficznych dla danego przedmiotu. Czytając literaturę widzimy, że to nie są czytanki rodem z zajęć z hiszpańskiego. Nawet gazetę El Pais było łatwiej zrozumieć, niż podręczniki specjalistyczne czy niektóre slajdy. Ale dużym nakładem pracy wszystko można było nadgonić.

DSC_0192

Stereotypowy Hiszpan

Każdy wyobraża sobie typowego Hiszpania jako osobę, która żyje od sjesty do fiesty wyznającego zasadę „po co coś zrobić dziś, skoro można zrobić to jutro”. Myśląc południowiec widzimy towarzyską i głośną personę, która na spotkania przychodzi porządnie spóźniona, ale baluje do samego rana.

Co z tego jest prawdą? Sjesty są głównie na południu kraju, w turystycznych miejscowościach, gdzie naprawdę temperatury sięgają zenitu i nie da się wytrzymać z gorąca. Większe firmy, korporacje, uczelnie nie doświadczają czegoś takiego jak czas wolny w środku dnia. Idąc w południe po ulicach w Madrycie wszystko mamy otwarte – sklepy, restauracje, nie ma sjesty.

11053671_10153199135153209_6478067657953815368_n

Hiszpanie faktycznie dużo i intensywnie imprezują. U nas w Polsce do klubu wychodzi się przed północą. W Hiszpanii jest sens udać się na imprezę dopiero koło 2-3 godziny. Wtedy parkiet pęka w szwach i tak do samego rana.Wejściówka do klubu w Polsce, a przynajmniej w Warszawie kosztuje 10-15-20 zł, w Hiszpanii 17 euro to minimum. Często trzeba na dzień dobry zapłacić o wiele więcej ciesząc się dwoma, niskiej jakości drinkami. Erasmusi mają zniżki na takie atrakcje, a w większości klubów jeżeli kobiety przyjdą przed 1:00 czy 2:30 nie płacą nic. Takie rozwiązania zawsze stosowałyśmy.

Ten kraj na pewno żyje w swoim tempie, oni naprawdę nigdzie się nie spieszą i na wszystko mają czas. Pół godziny, godzina spóźnienia na spotkanie mieści się w granicach normy. Erasmusi w tej kwestii dopasowali się do lokalnych. Niestety.

Czy Hiszpanie są aż tacy towarzyscy jak się mówi? Niekoniecznie. W pierwszym kontakcie potrafią być zdystansowani i nieufni. Dopiero po przełamaniu pierwszych lodów, napiciu się sangrii można poznać temperament hiszpański. Z kolei ciężko uniknąć zaczepek na ulicy od płci męskiej. Szczególnie jeżeli nie jest się ciemnej karnacji.

W Hiszpanii ciągle coś nie działa. Problemów technicznych na uczelni np. z platformą internetową doświadczałam non stop. Kolejki do urzędów, po kartę miejską – bez przerwy. I to nie jest tak, że raz pójdziecie coś załatwić i koniec. Tam się nie da załatwić spraw za pierwszym razem. Notorycznie miłe panie zza biurka odsyłają w inne miejsce lub każą przyjść później.

Co mnie zaskoczyło

Na pierwszy ogień idzie ogrzewanie, a raczej jego brak. Do Madrytu przyleciałam w styczniu, a pogoda była mniej więcej taka sama jak w Polsce. Nie, w Hiszpanii nie zawsze jest ciepło. Wszystko było by w miarę ok, gdyby nie to, że Hiszpanie nie grzeją! Zimno jak na Kamczatce, a grzejki ani drgną. Do maja spałam pod śpiworem, kołdrą, w swetrze i w skarpetkach. Momentami rozważałam również użycie czapki. Zdarzało się, że kaloryfer robił się cieplejszy, ale mieszkanie było tak wyziębione, że ciepło uciekało gdzieś daleko. Masakra.

Picie piwa na uczelni i palenie zioła na kampusie. Za pierwszym razem myślałam, że się przewidziałam i ta dziewczyna wcale nie piła butelkowego Mahoo, tylko pewnie coś innego. Jednak nadal mam sokoli wzrok. W bufecie uczelnianym sprzedają piwo i można je spożywać między zajęciami. Smród marihuany w drodze na wydział? Normalna sprawa. Impreza na kampusie z promocją mojito za 2 euro, sangria za 1 euro – również na porządku dziennym. Zataczający się ludzie na festiwalu uczelnianym? Byli i tacy. Byłam zdziwiona, bo u nas jest to zabronione. Włoszki również patrzyły z niedowierzaniem.

O punktach ujemnych na egzaminach nie muszę wspominać. Może to nie odbiega od naszych norm, ale na mojej uczelni tego nie stosowali. Nie było to miłe doświadczenie.

Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale dwa razy zwrócono mi uwagę, że nie mówi się „chodźmy do klubu”, tylko „chodźmy na imprezę”. W Hiszpanii „klub” rozumiany jest jako burdel. Czy ktoś kiedyś spotkał się z podobną opinią?? :>

WP_20150511_005

Jechać samemu czy ze znajomymi?

Dla mnie jest tylko jedna poprawna odpowiedź – samemu. Początkowo zazdrościłam osobom, które przyjechały z kimś, miały do kogo zagadać, spędzać wolny czas na początku i ogólnie w grupie raźniej. To nie działa. Jeżeli jesteś zostawiony samemu sobie wychodzisz do ludzi, przekraczasz swoja strefę komfortu. Każdy jest w tej samej sytuacji, na podobne obawy. Bardzo szybko można zapoznać ludzi z całego świata chodząc na imprezy, wyjeżdżając wspólnie. Jeżeli jesteś z kimś to, aż tak chętnie nie poznajesz ludzi. Masz świadomość, że zawsze pozostaje ta osoba. Poza tym zamiast rozmawiać w obcym języku rozmawiacie w swoim ojczystym. W tym co mówię jest o wiele więcej prawdy, niż wydawało mi się na początku. Nie warto.

Ludzie

Wiem jedno – nie lubię jak Włosi mówią po hiszpańsku. Nie mogłam znieść mieszanki włoskiego i hiszpańskiego.

O dziwo, najlepiej imprezowało mi się z dziewczynami z Polski. Nie wiem czy to kwestia osób czy narodowości. Ale nigdy się nie nudziłyśmy. Zawsze było intensywnie i ciekawie. Do tego stopnia, że z wycieczki do Alcali de Henares mam tylko dwa zdjęcia. Swoją drogą nie polecam tego miejsca jakoś szczególnie.

10450846_934908293199639_4262666993642386498_n (1)

Jednak nie chciałam się zamykać w gronie polaków z tego względu co pisałam wyżej. Nie szukałam wielkich przyjaźni czy znajomości na całe życie. Wiedziałam, że jestem tylko na chwilę, jak wszyscy. Na pewno chciałam mieć osoby z którymi można pogadać po hiszpańsku, wyjść na imprezę czy gdzieś wyjechać. To wszystko. Wynikało to pewnie z tego, że często poznawanie nowych ludzi wiąże się z rozmowami: Skąd jesteś? Co studiujesz? Gdzie pracujesz? Gdzie podróżujesz? Męczyło mnie częste powtarzanie tych samych zdań, rozmów o wszystkim i o niczym. Chyba odzwyczaiłam się od czegoś takiego, bo zazwyczaj spotykałam się w gronie osób, gdzie wszyscy się dobrze znali. Mimo wszystko często udawało się porozmawiać na jakieś głębsze tematy, które by się nie ograniczały tylko do tych pytań, które wymieniłam wyżej. Udało się także spotkać bardzo ciekawe osoby, które już przy pierwszym kontakcie dużo zyskiwały. Ogólnie rzadko mogę powiedzieć, że chce mi się zabiegać o nowo poznane osoby. Poznałam i takie.

Praktycznie

Z tego co zauważyłam na każdej uczelni rekrutacja do programu Erasmus wygląda trochę inaczej. Na SWPS brali pod uwagę certyfikat językowy (minimum B1), średnią ocen, wkład w życie uczelni oraz nasze osiągnięcia i doświadczenia poza murami szkoły. Do tego trzeba było ciekawie zaprezentować się w liście motywacyjnym. Na wstępnie mówili nam, że pisanie „chcę jechać do Hiszpanii, aby poprawić swoje umiejętności językowe” odpada. Kazali nam się wysilić. Żeby nie było za kolorowe każdy musiał dostarczyć bodajże 5 listów rekomendacyjnych. A na sam koniec czekała nas jeszcze rozmowa rekrutacyjna. Z tego co się orientuję na innych uczelniach mają mniejsze wymagania. Warto wcześniej zainteresować się sprawą, ponieważ domeną Erasmusa jest papierkowa robota. Przed, w trakcie, po. Ja w pewnym momencie już nie miałam pewności czy wszystko załatwiłam po wyjeździe. Warto tego pilnować, ponieważ czasami grożą poważnymi konsekwencjami jak np. niezaliczenie przedmiotów czy zwrot stypendium. Wszystkiego trzeba samemu dopilnować.  Mam wrażenie, że ESN nie panuje nad tym chaosem. Niewielki wycinek formalności uczelnia w Polsce załatwiała z tą w Madrycie, ale resztą musiałam zająć się sama. Na szczęście trafiłam na fajną kobietę w biurze Erasmusa, która szanowała mój i swój czas i rozwiewała wszystkie moje wątpliwości. Kolejek nie ma, wszyscy są mili – przyjemna odmiana.

WP_20150304_018

Często słyszałam wypowiedzi osób narzekających, że stypendium, które dostajemy w ramach Erasmusa nie wystarcza na utrzymanie się. To tak nie działa. Stypendium ma za zadanie wyrównać koszty życia między Polską, a np. Hiszpanią. Tak mniej więcej. W moim przypadku 400 euro wystarczało na zapłatę za mieszkanie i połowę karty miejskiej. Tak czy inaczej dostajecie kasę w sumie za nic. Nie jest stypendium za wyniki w nauce czy za specjalnie osiągnięcia – tylko za to, że wyjeżdżacie na wymianę. Trzeba korzystać zanim projekt Erasmus zniknie z powierzchni ziemi.

Wyzwaniem było znalezienie mieszkania. Nie chciałam jechać w ciemno i zabierać się za poszukiwania po przylocie. Włóczenie się z tymi gratami po różnych miejscach zamieszkania nie wchodziło w grę Chciałam mieć ten aspekt z głowy przed przyjazdem, aby na miejscu mieć już czas na inne formalności. Niektóre biura ESN mają swoje katalogi z mieszkaniami do wynajęcia. U nas czegoś takiego nie było, więc każdy szukał na własną rękę. Pierwsza myśl? Akademik! Tanio, z ludźmi – idealnie. Niestety hiszpański akademik to ekskluzywny lokal, bardzo drogi, o wiele droższy, niż mieszkanie. Moja koleżanka za dzielony pokój z inną osobą płaciła 400 euro! Znalazłam różne portale, wirtualne gazety, gdzie można znaleźć oferty zakwaterowania, ale niezawodny okazał się facebook i grupy erasmusowe. Właśnie za pośrednictwem fejsa udało mi się znaleźć lokum. Nie było turbo tanie, ani blisko uczelni. Tu bym napisałabym coś więcej, ale nie chcę robić tego publicznie. A taki miałam widok z okna.

WP_20150306_001

Taki wyjazd daje dużo pod każdym względem. Nie tylko podszkolicie język obcy, ale zderzycie się z całkiem inną kulturą, odbędziecie podróż w głąb siebie, kiedy będzie trzeba zaczynać wszystko d nowa. Z tym wyjątkiem, że w innym punkcie na mapie. Możliwość podróżowania, odkrywania, smakowania będzie lepszym doświadczeniem, niż pozostanie w strefie komfortu w Polsce.

Miłość do Hiszpanii rozkwitła właśnie w Madrycie. Teraz pomagam innym w organizacji podróży do Hiszpanii🙂 Zapraszam do współpracy!:)

A Wy jak wspominacie swojego Erasmusa? Może ktoś był w Hiszpanii na wymianie i chce coś dodać do mojego tekstu? Chętnie odpowiem na wszystkie pytania związane z Erasmusem:)

You May Also Like

Estepona - miasteczko kwiatów i sztuki ulicznej

Estepona – miasteczko kwiatów i sztuki ulicznej

Gdzie pojechać na wakacje do Hiszpanii?

Ronda – miasto zawieszone na skałach

El Torcal de Antequera – spacer po wapiennych skałach

El Torcal de Antequera – spacer po wapiennych skałach

Caminito del Rey – spacer nad przepaścią